Tu jest Polska, a nie Unia

Tu jest Polska, a nie Unia

Paralelnie do wydanej przed laty książki Janusza Tazbira „Dzieje polskiej tolerancji” powinna dziś pojawić się książka „Dzieje polskiej nietolerancji”. Znalazłoby się w niej i spalenie na stosie (w roku 1539 na Małym Rynku w Krakowie) staruszki Katarzyny Weiglowej za odstępstwo od katolicyzmu, i podpalenie przez polskie wojsko w roku 1656 „gniazda heretyków”, Leszna (wraz z bezcennymi rękopisami uchodzącego wtedy z miasta Jana Amosa Komeńskiego), i wygnanie dwa lata później braci polskich (wśród nich jednego z najwybitniejszych ówczesnych poetów, Zbigniewa Morsztyna), i ścięcie w 1689 r. na Rynku Starego Miasta w Warszawie Kazimierza Łyszczyńskiego za ateizm, i podobne ścięcie w roku 1724 w Toruniu burmistrza i dziewięciu rajców za niezapobieżenie antykatolickiemu tumultowi… Długa to lista – daleka od kompletności. Gdy Europa zmierzała do tolerancji, Polska stawała się oazą fanatyzmu.

Zarówno Pierwsza, jak Druga i Trzecia Rzeczpospolita nadawały religii katolickiej status uprzywilejowany. A tym samym otwierały wrota państwu wyznaniowemu. Że nie zawsze przechodzono przez te wrota, to już zasługa „porządnej niedbałości naszej”… Niemniej jednak wiek XVII widział obwołanie Matki Boskiej Królową Korony Polskiej, a XXI – ruch na rzecz intronizacji Jezusa na Króla Polski. Przez ostatnie cztery stulecia ciągnie się nić polskiej odmienności, egzotyki, dziwaczności, cudaczności. Johanna Schopenhauer, matka wielkiego filozofa, zapamiętała z gdańskiego dzieciństwa „malowniczy i wspaniały strój narodowy Polaków”. Co znaczy, że w XVIII-wiecznym Gdańsku byliśmy uznawani za obcych. W czasie odsieczy wiedeńskiej musieliśmy opasywać się słomianymi powrósłami. Co znaczy, że w „narodowym” ubiorze niczym nie różniliśmy się od Turków.

A jednak – jak widać choćby z tego przykładu – Polska, ten dziwny kraj ni to z Zachodu, ni ze Wschodu, ni z Europy, ni z Azji, potrafiła bronić cywilizacji europejskiej. Dziś z tej obrony został już tylko drut kolczasty na granicy z Białorusią. A z polskiego nieprzystawania do Europy władze zrobiły program – co samo w sobie jest ewenementem. Postawiły też władze na izolacjonizm – co w naszym położeniu geopolitycznym jest samo w sobie zabójcze. Tymczasem nawet zaborcy (w tym Rosja uwłaszczająca chłopów) dokonywali awansu cywilizacyjnego swoich poddanych. Ale pisowska władza dokonuje regresu: zamyka Polaków w narodowym getcie, konfliktuje ich z niemal wszystkimi już sąsiadami, skazuje na status raczej plemienia niż narodu, bo przecież natura nie znosi próżni. Czy znów, jak w XVIII w., ockniemy się jako Irokezi?

PiS – to nie wypadek przy pracy, jak wciąż zdaje się sądzić opozycja. PiS – to Polska właśnie. Zbyt długo idealizowaliśmy swoją przeszłość, zbyt długo piętnowaliśmy tych, co starali się mówić prawdę, by dziś nie wziąć się na lep fałszywych proroków bredzących o patriotyzmie i suwerenności. Ogromna większość narodu chce polskiej obecności w Unii? Ależ to dlatego, że Unia jest gigantycznym bankomatem – gdyby było inaczej, PiS nie brylowałoby w sondażach. Nad tym, co sami moglibyśmy dać Unii, w ogóle się nie zastanawiamy. Działamy odwrotnie: maniacko pielęgnujemy własną odrębność, niepowtarzalność, wyższość… Bartosz Kownacki, wiceminister obrony narodowej, informuje, że to od Polaków Francuzi przejęli używanie widelca. Arkady Rzegocki, ambasador RP, udaje się do królowej Elżbiety II w kontuszu. Beata Szydło, premier rządu, wyprowadza z gabinetu flagę Unii Europejskiej, deklamując, że „polska flaga jest najpiękniejsza”. „Tu jest Polska, a nie Unia!”, krzyczy marszałek Sejmu Elżbieta Witek. Druga osoba w państwie nie wie, że Polska jest częścią Unii. Skądinąd to ta pani, która o Katyniu dowiadywała się z książek przedwojennych.

Czas to wreszcie powiedzieć: Polska ze swym prostactwem i ignorancją, z kompleksami i agresywnością, z bagażem fanatycznego katolicyzmu, z martyrologią typu „wybili, panie, za wolność wybili” nie pasuje do Unii Europejskiej. Jedyne, co dziś tam robi, to paraliżuje jej działania. Polska stała się szkodliwa dla Europy, a polskie wyjście z Unii byłoby dla niej ulgą. Lecz może stałoby się szansą dla Polaków? Bo gdy któregoś dnia wszystkie już polskie media będą pisowskie, gdy rządzący zmienią nam hymn narodowy, a na polskim godle umieszczą krzyż, gdy rozszaleje się cenzura i zapełnią się cele więzienne – wówczas raz jeszcze się okaże, że została nam tylko Europa. Ta sama „lewacka” Europa, na którą kiedyś napluliśmy i którą tak nieopatrznie porzuciliśmy. Ale Europa nie będzie już mogła nam pomóc. Może tylko przysyłać paczki żywnościowe. Choć i to nie jest pewne, bo jak tu pomagać niewdzięcznikom?

Nie, nie życzę nikomu polexitu. Na samą myśl o tym przechodzą mnie ciarki. Jednak z polskich dziejów warto wyciągać wnioski – inne niż te służące nieustannemu krzepieniu serc. Dziś przeżywamy jeden z największych zakrętów w naszej historii. Ciekawe, jacy z niego wyjdziemy. „Narodowi i kobiecie nie wybacza się owej chwili nieopatrzności, kiedy lada awanturnik może na nich dopuścić się gwałtu”, powiada stary Marks.

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 46/2021

Kategorie: Andrzej Romanowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy