Podszept szatana

Ponieważ PiS-owski projekt konstytucji RP rozpoczyna się od słów „W imię Boga Wszechmogącego”, również ten felieton rozpocznę od zjawisk nadprzyrodzonych. Otóż nie ulega wątpliwości, że to diabeł musiał podkusić braci Kaczyńskich, aby akurat teraz i akurat w takiej formie ogłosić swój projekt ustawy zasadniczej, o którym brat Jarosław powiedział otwarcie, że ma on stanowić „łagodne przejście do IV Rzeczypospolitej”.
Trudno wyobrazić sobie bardziej niestosowną deklarację. Wiadomo, że owa IV RP obrosła w świadomości społecznej jednoznacznymi konotacjami i ona przecież, a także próby jej urzeczywistnienia stały się przyczyną przegranych przez PiS wyborów. Wyglądało też na to, że po wyborach PiS zorientowało się w tej sytuacji i w ostatnim zwłaszcza okresie starało się zatrzeć ślady swoich prawdziwych nastawień, przedstawiając się jako partia elastyczna i – co najważniejsze – wybieralna nie tylko dla kręgów Radia Maryja.
Manewrowi temu sprzyjały niepowodzenia i wpadki Platformy Obywatelskiej, z aferą hazardową na czele, rozpłynęło się też wiele złudzeń związanych z liberalizmem Platformy, sama zaś PO, według deklaracji któregoś z jej przywódców, zdecydowała się przyjąć bardziej liberalny kurs gospodarczy i mniej liberalny kurs obyczajowy, mianując się wręcz partią konserwatywną. Miało to służyć wydłubaniu PiS jego prawicowego elektoratu, ale równocześnie zniechęcało i zniechęca do Platformy wyborców inteligenckich i młodzieżowych, a więc tych, którzy dali jej zwycięstwo w ostatnich wyborach.
Trudno zrozumieć tę kombinację partii Tuska, jej skutkiem jednak stała się sytuacja, w której ludzie absolutnie nieskłonni do oddawania swojego głosu PiS zaczęli patrzeć na ruch Kaczyńskich jako na formację, która w ostateczności może być wybieralna przez ludzi wykształconych. Nastawienie takie sugerował nawet sam Aleksander Kwaśniewski.
Można to uważać za absolutne dziwactwo, tak jak za dziwactwo uważa się dzisiaj rozmaite porozumienia sejmowej lewicy i SLD z PiS, zwłaszcza na gruncie medialnym, wynika to jednak z nieznajomości rzeczy. Otóż z historii wiemy, że wiele wręcz skrajnie prawicowych i faszystowskich ruchów europejskich zyskiwało sobie poparcie, a nawet w sposób demokratyczny zdobywało władzę, powołując się na lewicowe hasła społeczne, a także realizując je. Hitler i Mussolini autentycznie zlikwidowali bezrobocie w Niemczech i we Włoszech, czym zachwycał się Bernard Shaw, Mussolini oparł się też na systemie korporacyjnym, który miał dowartościować świat pracy, obaj uprawiali pomoc społeczną, przykładów takich są krocie. Także u nas PiS ma obecnie rację, gdy występuje przeciw prywatyzacji służby zdrowia, gdy opowiada się za bezpłatnym nauczaniem, gdy krytykuje Tuskowy cud gospodarczy jako korzyść, która spływa wyłącznie na bogatych. Ma również rację, gdy stara się bronić publicznych mediów przed ich prywatyzacją, chociaż porozumienie z SLD na tym gruncie już dało PiS powrót osławionej „Misji specjalnej”, a SLD figę z makiem. I tak też zapowiada się dalszy ciąg tego kontraktu.
Tak czy owak, na skutek przywołanych tu zdarzeń PiS przez moment stało się w odczuciu warstw opiniotwórczych formacją z pewnością niekochaną, ale wybieralną. Ogłoszenie PiS-owskiego projektu konstytucji zniszczyło wszakże jednym ruchem ten obraz. Ivocatio Dei i nakaz obrony symboli religijnych – a przecież nie chodzi tu o półksiężyc czy menorę – popycha nas otwarcie w stronę państwa wyznaniowego. Rozbudowa uprawnień prezydenckich i uczynienie z prezydenta rodzaju miniaturowego duce jest anachronizmem, pomijając już kwestię, skąd PiS miałoby wziąć taką postać. Wreszcie największy absurd tego projektu, jakim jest podporządkowanie władzy sądowniczej dyspozycji rządu i prezydenta, nie tylko burzy zasadę trzech władz, ale jest kompletnym zaprzeczeniem tego wyobrażenia o demokracji obywatelskiej, któremu hołduje współczesna Europa unijna. Polska według PiS-owskiej konstytucji staje się marginesem świata, plemiennym uroczyskiem, które można zwiedzać, ale nie można w nim mieszkać. Niedawno, pisząc o obecnej konstytucji, prof. Andrzej Romanowski („GW”, 16-17.01.2010) wykazał, że zwłaszcza za rządów PiS podeptane zostały jej główne, pięknie zapisane zasady solidarności, wolności i godności ludzkiej, bez których nie może być mowy o demokracji. Projekt PiS usprawiedliwia po prostu te zniszczenia, dając im podstawę prawną. Zapowiada też państwo szczepowe, katonarodowe.
„Wojna pozbawiła Polskę wielu różnych narodowości, które od wieków zamieszkiwały nasze ziemie i tworzyły bogactwo kulturowe: Białorusinów, Litwinów, Ukraińców, Niemców, Słowaków i przede wszystkim Żydów – narodu o wielkich talentach ekonomicznych, intelektualnych, artystycznych i koniecznym do życia poczuciu humoru. Czy tak jest lepiej? Czy lepiej jest, że wszyscy mówią tym samym językiem? Czy lepiej jest, że jest tylko jedna religia i jedne świątynie? Czy lepiej jest, że została tylko jedna historia, jedne mity, jedne przesądy i jedne wartości? Czy taka jednolitość i niezróżnicowanie nie grozi samozadowoleniem, samozachwytem, a w końcu euforią jednego państwa, jednego narodu, jednego wodza?”.
Nie mówi tego żaden polityk, publicysta, mędrek. Słowa te znalazłem przypadkiem w wywiadzie wielkiego artysty malarza, który nigdy i nijak nie otarł się o żadną politykę, Wojciecha Fangora („Art and Business”, nr 41, 25.09-15.11.2009). Ale tak przecież myśli normalny polski inteligent, a także student, pewnie też artysta, no, może z wyjątkiem niektórych „żoliborskich inteligentów” z przedwojennych tzw. domków oficerskich. Oni też, podobnie jak Fangor, łączą szansę „wolnego, tolerancyjnego życia z różnorodnością narodową, kulturalną i polityczną” w Unii Europejskiej. „Zróżnicowanie i demokracja zapewnią pokój, umożliwią potrzebne do życia wewnętrzne spory i rywalizację, ale zabezpieczą przed ujednoliceniem narodowym, religijnym, ideologicznym, politycznym”.
Projekt konstytucji zgłoszony przez PiS wyklucza podobne rozwiązanie, tworząc w zamian ramy dla państwa ksenofobicznego, autorytarnego, zacofanego. Jego opublikowanie, zwłaszcza w momencie, kiedy PiS w oczach niektórych zaczęło się stawać partią pod pewnymi względami wybieralną, wytłumaczyć można tylko podszeptem szatana.
Rzuca to jednak również światło na naszą scenę polityczną, która na co dzień, według świadectwa mediów, składa się z nieskończonej liczby intryg i afer, prowadzących w większości do prokuratury. Prokuratura też staje się najważniejszym organem władzy państwowej, dlatego konstytucja PiS zachowuje ją w ręku władzy wykonawczej. Przykład PiS pokazuje jednak, że u podstaw owego kontredansu przypadków, skandali, intryg, pomówień, pyskówek i przeprosin leży także projekt ideologiczny, który bracia Kaczyńscy traktują serio.
Projekt, który mimo wszelkich pozorów jest niewybieralny w drugiej dekadzie europejskiego XXI w.

Wydanie: 4/2010

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy