Tag "turystyka"
Czy bezpłatna plaża stanie się wkrótce luksusem?
Kilkaset osób w milczeniu wspina się stromą drogą prowadzącą przez wzgórza Parku Narodowego Arrábida. Nie niosą transparentów z hasłami wymierzonych w rząd czy deweloperów. Nie protestują przeciwko budowie autostrady, kopalni czy elektrowni. Mijają sosny, wapienne skały i zatoki, które od pokoleń są częścią krajobrazu południowej Portugalii. Wiedzą, że jeśli przegrają, miejsce to już nigdy nie będzie takie samo.
Na pierwszy rzut oka wygląda to jak lokalny spór o fragment ziemi. W rzeczywistości jest symbolem konfliktu, który rozlewa się po całej Europie. Coraz częściej mieszkańcy wychodzą na ulice nie po to, by walczyć o wyższe płace czy niższe podatki, lecz o prawo do korzystania z przestrzeni, która przez dziesięciolecia wydawała się wspólna.
Stawką jest plaża. Ta sama, na której uczyli się pływać jako dzieci, na którą przychodzili z rodzicami i spędzali letnie popołudnia. Dziś obawiają się, że to miejsce wkrótce stanie się częścią luksusowej inwestycji, a dostęp do niego przestanie być oczywisty.
To nie jest wyłącznie portugalska historia. Podobne protesty wybuchają od Atlantyku po Morze Egejskie. W Grecji mieszkańcy walczą z ekspansją prywatnych leżaków, w Turcji protestują przeciw komercjalizacji wybrzeża, w Hiszpanii sprzeciwiają się zabudowie linii brzegowej, a we Włoszech od lat trwa spór o to, czy plaże są jeszcze dobrem wspólnym, czy jedynie dochodowym biznesem.
Coraz częściej przedmiotem konfliktu nie jest samo morze. Chodzi o prawo, by w ogóle móc do niego dojść.
Ręce precz od Arrábidy!
Setki mieszkańców aglomeracji Setúbal protestowały 19 lipca przeciwko temu, co określają jako próbę prywatyzacji fragmentu wybrzeża Parku Narodowego Arrábida. Demonstracja odbyła się zaledwie kilka tygodni po tym, jak Portugalska Agencja Ochrony Środowiska (APA) przed sezonem letnim zapewniała, że „w Portugalii nie ma czegoś takiego jak prywatna plaża”. Jednak zdaniem protestujących rzeczywistość wygląda inaczej.
Marsz zorganizowany przez ruch obywatelski Deslarrrguem a Arrábida! (Ręce precz od Arrábidy!) zgromadził mieszkańców, ekologów oraz polityków różnych ugrupowań. Ich sprzeciw to odpowiedź na działania spółki Palácio da Comenda – właścicieli posiadłości Herdade da Comenda, która domaga się uznania, że tereny graniczące z ujściem rzeki Sado – wraz z plażami Rasca, Comenda, Rainha, Maria Esguelha i Albarquel – powinny zostać uznane za własność prywatną, a nie część publicznej domeny morskiej.
Spór nie dotyczy wyłącznie plaż. Mieszkańcy protestują przeciw stawianiu ogrodzeń, zamykaniu tradycyjnych dróg prowadzących nad morze oraz próbom przejęcia drogi miejskiej nr 1056. „Protestujemy przeciw zamknięciu dostępu publicznego, budowie ogrodzeń i zamiarowi właścicieli Herdade da Comenda,
Miasto po zmianie
Jak Forst na Łużycach rewitalizuje dziedzictwo przemysłowe
Korespondencja z Niemiec
Miasto było mi znane jedynie jako stacja kolejowa w drodze do Berlina. Ale wreszcie pojawiła się pokusa przyjrzenia się bliżej „niemieckiemu Manchesterowi”. Kusiła Polka, zakochana w historycznych postaciach regionu, fascynującym ogrodzie różanym i nieistniejących już 300 kominach fabrycznych ponad Forst na Łużycach. Jolanta Imbierska, miejska urzędniczka odpowiedzialna za turystykę, odczarowała mi miasto, a każdy poznany dzięki niej rozmówca zaprosił do innego mikrokosmosu.
Forst ma wręcz nadmiar wspaniałej postindustrialnej architektury, willi przemysłowców, szkół zawodowych i zakładów, w większości zamkniętych po „zmianie” w latach 90. Kominy prawie zniknęły z krajobrazu. Miasta nie stać na ratowanie wszystkiego. Ale pojawili się prywatni właściciele postindustriali – są dla siebie konkurencją w pozyskiwaniu coraz bardziej ograniczonych środków, bacznie się obserwują. Każdy w swoim stylu i celu rewitalizuje dziedzictwo materialne. Zgadzają się co do jednego: kupili obiekty, a nie zabytki. Tylko że od jakiegoś czasu objęto je ochroną konserwatorską, co bardzo utrudnia życie. Gdyby nie upór i pomysłowość ludzi, niejednego obiektu już by nie było. Ratują, jak Anett Dörl z Traumfabrik, dawne zakłady tekstylne przed nadmiernym spokojem. Dla nieużywanych obiektów czasy bezruchu są śmiercią. Trzeba je ożywiać i niepokoić.
Są w Forst i kamienie pamięci po zamordowanych obywatelach żydowskiego pochodzenia, Stolpersteine, i mniejszość słowiańska, Serbołużyczanie, widoczna w dwujęzycznych napisach w mieście. To kolejne warstwy miejscowego palimpsestu.
Traumfabrik, czyli Fabryka Marzeń
Pięć kondygnacji, odrestaurowany parter, gościnne podwórze nad Młynówką. Soczyste graffiti, pozostałości po projektach artystycznych, podłogi malowane przez dzieci podczas różnych zajęć, imponujące widoki z góry. Obrazki jak z budynków Hundertwassera, rośliny próbują się rozpychać pośród konstrukcji. Porzucone bele materiałów z lat 90., wielobarwne „dywany” z nici do tkania – jedna wielka scenografia. Przestrzenie te są wykorzystywane do kręcenia teledysków, organizowania koncertów oraz sesji ślubnych i modowych. Płytki podłogowe znanej firmy sprzed ponad 100 lat trwają, czynna jest winda służąca dawniej produkcji, jest i komin, a obok stylowa dawna willa właścicieli.
Czy dla 39-letniej właścicielki Anett Dörl dawne zakłady włókiennicze Bergamiego i Noacka to fabryka marzeń? Jej marzenia z pewnością wychodzą poza schematy, a konserwator zabytków gra w nich wielką rolę. – Kupiłyśmy tę fabrykę z mamą ponad 10 lat temu, zawsze chciałyśmy robić coś dla młodych ludzi, by ich zatrzymać w Forst. Z czasem to było za dużo dla mamy i od sześciu lat sama prowadzę Traumfabrik (Fabryka Marzeń). Ale nic z tego, co kupowałam, nie było zabytkiem, teraz jest inaczej i to problem – mówi „właścicielka ziemska”,
Bielsko-Biała bez kompleksów
Trzy idee przyświecają miastu: kreatywność, natura, wspólnota
– Gdy wychodzę przed dom, jestem na spacerze. Jeśli chcę być na spacerze w mieście, to jestem w mieście z piękną architekturą, świetnymi muralami, w mieście, w którym dużo się dzieje. Jeśli chcę być na spacerze wśród natury, wsiadam w autobus i za chwilę wysiadam w górach albo w lesie – mówi Jakub Krajewski.
– Mnie też to miasto kojarzy się z naturą, zielenią, lasami i górami, ale również z bajkami – dodaje Katarzyna Wolny.
– A dla mnie Bielsko-Biała to również Miały Fiat i włókiennictwo. I miasto wygodne do życia – dorzuca Anna Zgierska, szefowa tamtej dwójki, zastępczyni naczelnika Wydziału Kultury i Promocji Urzędu Miasta w Bielsku-Białej.
Na moście między Bielskiem a Białą – bo Bielsko-Biała jest jednym miastem dopiero od 1951 r. – władze zamontowały instalację przedstawiającą dziesięć symboli miasta. To Mały Fiat, bo był tu produkowany do 2000 r.; snowboardzista i góry, bo miasto leży na Pogórzu Śląskim u stóp Beskidu Małego i Śląskiego; wagonik kolejki linowej na najwyższy okoliczny szczyt – Szyndzielnię; tramwaj, bo tramwaje jeżdżą po mieście już od 1895 r.; rower – to znany ośrodek kolarstwa górskiego; lalka teatralna, bo tu odbywa się Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej i działa Teatr Lalek Banialuka; szybowiec, kamera i saksofon, o których później. Jest więc wszystko, co kojarzy się z miastem i składa na jego kulturę. A w tym roku kultura jest tu kluczowa, o czym informuje napis: „Polska Stolica Kultury”.
Siedzimy w ratuszu, neorenesansowym budynku z XIX w., przyozdobionym flagami i plakatami, również z napisem „Polska Stolica Kultury”, w gabinecie Anny Zgierskiej. Na oknie stoją kwiatki, na ścianie wisi kalendarz przedstawiający panoramę miasta i reprodukcja „Pani w czarnym krawacie” Amedea Modiglianiego.
Urzędnicy opowiadają o starcie Bielska-Białej na Europejską Stolicę Kultury 2029. Wśród 12 kandydatów w finale znalazły się cztery miasta. Wygrał Lublin. Z inicjatywy trzech pozostałych oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego powołano Polską Stolicę Kultury (PSK). W tym roku jest nią Bielsko-Biała, w 2027 będzie Kołobrzeg, a w 2028 Katowice.
– Nasze hasło to „Tkamy dobrostan”, ponieważ Bielsko-Biała była znanym w Europie ośrodkiem włókienniczym – podkreśla Jakub Krajewski. – Tkamy kulturę nie jako fanaberię czy dodatek, ale jako narzędzie do zmiany w dzisiejszym świecie. Kulturę opartą nie jedynie na dziedzictwie i historii, ale idącą do przodu, bo tkamy dobrostan na bieżąco. Tkamy miasto splotów ludzi, wydarzeń i natury.
– Trzy idee nam przyświecają: kreatywność, wspólnota, natura – mówi Katarzyna Wolny.
Wspólnota, ponieważ organizatorzy zachęcają mieszkańców i lokalnych artystów do bycia kreatywnymi właśnie. Program PSK został zbudowany w dużej mierze na ich pomysłach. I wciąż mogą zgłaszać kolejne, w ramach tegorocznej edycji budżetu obywatelskiego, która też podporządkowana jest kulturze. Kulturze, która w Bielsku-Białej ma być dostępna w każdym znaczeniu tego słowa, również w tym, by nie zamykać jej w przestrzeni budynków, ale wyjść z nią w plener – i tu mamy naturę. Iść z nią w miasto, nie tylko do centrum, ale też w dalsze rejony i dzielnice.
Co do programu, dużym wydarzeniem będą Aerosploty, majowe obchody 80-lecia Zakładów Szybowcowych i 90-lecia lotniska. Szybowiec na moście to jeden z symboli miasta. W Bielsku-Białej mieszka w końcu najbardziej utytułowany pilot szybowcowy w historii,
5 branż, które w Krakowie zatrudniają najwięcej pracowników
Artykuł sponsorowany Kraków od lat należy do najsilniejszych rynków pracy w Polsce. Miasto przyciąga inwestorów z całego świata, rozwija sektor nowych technologii i nowoczesnych usług biznesowych, a także pozostaje jednym z najważniejszych ośrodków turystycznych w kraju. Sprawdź, które
Wieżowiec w Alpach
Czy kultowy Zermatt już wkrótce zostanie zabetonowany?
Zermatt i Matterhorn to symboliczna para – miejscowość i cud natury, rozpoznawalne nawet dla tych, którzy nigdy w Szwajcarii nie byli. Jednak już wkrótce to wyjątkowe miejsce może się zmienić nie do poznania.
Manhattan na lodowcu
Spory wokół betonowania kurortów to nie nowość. Z niesłabnącą mocą trwają od lat. Dotyczą także polskich miejscowości: Zakopanego, Wisły czy Karpacza. Gdy jakiś hotel czy element infrastruktury turystycznej wyrasta ponad otoczenie, a do jego budowy użyto więcej betonu niż drewna – pojawia się pretekst do architektonicznej awantury.
Ale to, co dzieje się w naszych kurortach, jest budowlano-architektonicznym małym piwem w porównaniu z tym, do czego już wkrótce może dojść w szwajcarskim słynnym górskim kurorcie Zermatt, leżącym na wysokości ok. 1600 m n.p.m., u stóp majestatycznej góry Matterhorn (4478 m n.p.m.), w pobliżu granicy z Włochami. Sylwetka Matterhornu należy do najbardziej znanych i rozpoznawalnych na świecie, często jest utożsamiana z symbolem góry w ogóle. Czterotysięcznik, w otoczeniu wiecznych śniegów, pojawia się na opakowaniach wielu produktów, m.in. na słynnych wyrobach czekoladowych, których początki produkcji sięgają 1908 r.
Dbałość o środowisko i ekowizerunek od lat przybiera w miasteczku pod Matterhornem nieznane nad Wisłą rozmiary. Zermatt jest jedną z niewielu miejscowości w Europie z zakazem poruszania się samochodami z silnikiem spalinowym. Kursują tam pojazdy elektryczne (przeważnie akumulatorowe) i dorożki konne, a do kurortu nie prowadzi żadna ogólnodostępna i utwardzona droga. Najbliższe parkingi znajdują się w oddalonej o 10 km miejscowości Täsch. Do Zermatt można dojechać kolejką kursującą na trasie Visp-Stalden-Täsch.
Na tle tych ekologicznych ograniczeń to, co wkrótce może się stać w miasteczku, dla wielu jest szokujące. Firma Lina Peak planuje budowę… potężnego wieżowca! Drapacza chmur, który znakomicie wkomponowałby się w krajobraz nowojorskiego Manhattanu.
Lina Peak w bezpośrednim sąsiedztwie Matterhornu chce postawić 260-metrowy wieżowiec. Dla porównania – warszawski Pałac Kultury ma z iglicą 237 m, Varso Tower, najwyższy budynek w całej Unii Europejskiej, mierzy z iglicą 310 m.
Szwajcarski wysokościowiec powstałby ok. 800 m od granic miasta,
Zmierzch budapeszteńskich term?
Czy spór Orbána z władzami Budapesztu doprowadzi do zapaści najpiękniejszych łaźni i kąpielisk w Europie
Nie ma drugiej europejskiej stolicy, która mogłaby się poszczycić tak niezwykłymi, zabytkowymi termami. Prawie dwumilionowy Budapeszt to praktycznie jeden wielki kurort. Jest tu ok. 400 źródeł z wodami magnezowymi (gorzkimi) oraz ok. 80 źródeł termalnych i mineralnych (głównie siarczanowych). Ich temperatura wynosi 50-70 st. C. Źródła termalne w Budzie tryskają na powierzchnię naturalnie, samoczynnie, a na Wyspie Małgorzaty i w Peszcie – są wiercone.
Słynne Gellért Spa w Budzie i Termy Széchenyiego w Peszcie od dziesięcioleci stanowią godną pozazdroszczenia wizytówkę węgierskiej stolicy. Łaźnie Gellérta mieszczące się w zabytkowym hotelu o tej samej nazwie (pierwszym luksusowym hotelu w Budapeszcie wyposażonym w najnowocześniejsze udogodnienia na początku XX w.) odwiedziło w zeszłym roku 420 tys. zagranicznych kuracjuszy. Wielu turystów z najodleglejszych zakątków świata przyjeżdża do Budapesztu tylko po to, by skorzystać z dobrodziejstwa tamtejszych term.
Zamknięte bez wizji otwarcia
Zamknięcie Łaźni Gellérta w październiku 2025 r. natychmiast wpłynęło na zmniejszenie liczby zagranicznych turystów odwiedzających Budapeszt. Władze węgierskie w oficjalnym komunikacie podały, że przyczyną zamknięcia był kiepski stan techniczny, który ponoć zagrażał bezpieczeństwu użytkowników. Z pewnością sporo w tym prawdy, ale jeszcze więcej prawdy o Gellért Spa przynoszą coraz liczniejsze artykuły ukazujące się w zagranicznych mediach. Te donoszą, że głównym powodem zamknięcia Gellért Spa w Budzie są narastające spory finansowe między rządem Viktora Orbána a budapeszteńskim ratuszem, który daleki jest od popierania autorytarnych rządów premiera Węgier i kłaniających się mu towarzyszy. W Budapeszcie słychać, i to coraz częściej, że dziś bardziej liczy się zysk z bylejakości niż symboliczna i historyczna tradycja, która narodziła się w czasach osmańskich.
Warto przypomnieć, że ostatni poważny remont Gellért Spa miał miejsce w latach 70. XX w., za towarzysza Jánosa Kádára. Oficjalne węgierskie media podają, że obecny remont term ma być zakończony w roku 2028. Jednak z powodu krachu finansowego, jaki przeżywa zarówno Budapeszt, jak i cały kraj, termin ten prawdopodobnie nie zostanie dotrzymany.
„Poza słynnymi Łaźniami Gellérta byliśmy zmuszeni zamknąć jeszcze dwa inne, mniejsze budapeszteńskie parki termalne”, żali się w wywiadzie dla „New York Timesa”, Ildikó Szűts, dyrektor wykonawcza miejskiej spółki BGYH,
Bułgaria dla narciarzy
W Europie mamy sporo nieoczywistych zimowych kurortów
Podczas gdy letnia oferta turystyczna Bułgarii wydaje się niepodważalna, zima w tym kraju budzi już pytania. A przecież zróżnicowane wybrzeże to tylko część propozycji, Bułgaria bowiem to przede wszystkim góry. Pasma górskie i wyżyny stanowią 65% kraju. Najbardziej znana stacja narciarska powstała w Bansku, na zboczach Pirinu, drugich pod względem wysokości górach Bułgarii, po paśmie Riła. To zdecydowanie najnowocześniejszy i najszybciej rozwijający się ośrodek narciarski. Nie tak dawno Bansko rywalizowało z Borowcem (Riła) i Pamporowem (Rodopy), jednak dziś te miejscowości nie mogą się z nim równać. Dzieje się tak, mimo że Borowec znajduje się zaledwie 60 km od Sofii, Bansko tymczasem oddalone jest aż o 150 km. Na szczęście niemal całą trasę ze stolicy do Banska można pokonać nową autostradą A3, prowadzącą z Sofii do Grecji.
Bansko jest też lepiej połączone z polskimi miastami niż niejeden ośrodek alpejski. Warszawiacy od dziesięcioleci mogli liczyć na bezpośrednie połączenie z Sofią. Od niedawna również mieszkańcy Krakowa i Wrocławia dzięki tanim liniom lotniczym dolecą do Sofii bezpośrednio, przy czym z obu tych miast lot trwa niecałe dwie godziny. A potem lokalnym transportem można dotrzeć do Banska.
Todorka i Tomba
Ośrodek narciarski Bansko Ski usytuowany jest na północnych zboczach masywu Todorka, na jego najwyższym szczycie Todorin Wrych (2746 m), oraz częściowo także na Wichrenie (2914 m), najwyższym szczycie pasma Pirin. Narciarze jeżdżą na wysokości od 1000 m, gdzie usytuowane są dolna stacja i parking, do prawie 2700 m. Długość tras zjazdowych wynosi 75 km, tras biegowych – 12 km, a liczba wyciągów – 27. Dla porównania ceniony w Polsce ośrodek pod słowackim Chopokiem chwali się 50 km nartostrad.
Gondola z dolnej stacji wywozi turystów do „narciarskiego hubu”, skąd dziesiątkami wyciągów wyruszają w głąb Pirinu. Nartostrady są szerokie i zapewniają wspaniałe widoki. Pięknie wyglądają szczyty Wichren i Kuteło, zbudowane z marmurów, wyrastające wysoko ponad górną granicę lasów, składających się głównie z pirińskiej sosny. Trasy mogą być naśnieżane z dyżurujących w okolicy armatek. W obecnym sezonie z ich dobrodziejstwa może już korzystać niemal 100% nartostrad. Bansko szczególnie upodobał sobie Alberto Tomba. Jedna z tras została nazwana imieniem tego słynnego włoskiego alpejczyka.
Ogromna większość Polaków udaje się do Banska samolotem, a ponieważ zimowy sprzęt swoje waży, warto pomyśleć o jego wypożyczeniu na miejscu, co nie powinno sprawiać problemów. Wokół dolnych i górnych stacji wyciągów nie brakuje barów z przekąskami i napojami rozgrzewającymi. Są typowym przykładem postępującej globalizacji kulinarnej, niektórych serwowanych tam potraw sami Bułgarzy nie znają, więc po prawdziwe skarby pirińskiej i bułgarskiej kuchni warto wybrać się nieco niżej, do centrum Banska, tam wiele prywatnych domów gościnnych i gospód, tzw. kashta za gosti, oferuje lokalne dania.
Kamień i drewno
Z roku na rok obszar historycznego Banska wydaje się kurczyć. Ale to tylko złudzenie. Tak naprawdę błyskawicznie rozrasta się strefa hotelowo-apartamentowa położona powyżej starówki.
Bansko było ważną w regionie miejscowością już w X w. Pod jarzmem tureckim (XIV-XX w.) jako jedno z niewielu bułgarskich miast zachowało większość swoich praw, dzięki statusowi materialnemu mieszkańców oraz ich buntowniczemu charakterowi. Miejscowi dumnie odnotowują, że Bansko nie zostało poddane islamizacji, a do rejestru jego mieszkańców nigdy nie został wpisany żaden muzułmanin.
Przez dziesięciolecia głównym źródłem utrzymania były tu hodowla zwierząt i rzemiosło. W okresie bułgarskiego odrodzenia narodowego (XVIII-XIX w.) zbudowano liczne młyny, tartaki, garbarnie i pracownie pisania ikon. Spod jarzma tureckiego miasto zostało wyzwolone w 1912 r. Od tego czasu rozwija się jako ośrodek kulturalny, turystyczny i sportowy.
Z miastem związanych jest wiele ważnych dla historii Bułgarii postaci. Warto zwiedzić bogate, kamienno-drewniane domy, w których urodzili się ci zacni obywatele Banska. Po dniu spędzonym na nartach można np. wybrać się do domu, w którym urodził się pisarz bułgarskiego renesansu Neofit Rilski. Budynek jest typowym przykładem ówczesnej architektury Banska, kamienno-drewnianą konstrukcją, z otwartą werandą i małym dziedzińcem. Z zewnątrz otoczony kamiennym murem duvar, jakich wiele w Bansku. Zachwyca przytulnym, drewnianym wnętrzem z wieloma kilimami i kominkiem. Co ciekawe, wciąż istnieje w nim tunel łączący go z cerkwią,
Więcej niż plaża
W Turcji można zmienić nos, stan cywilny, a czasem – pod wpływem serialu – także wiarę
Korespondencja z Turcji
W folderach turystycznych i wpisach na oficjalnym instagramowym profilu GoTürkiye nic się nie zmieniło. Piaszczyste plaże, zapierające dech w piersiach zabytki, zbocza porośnięte krzewami herbacianymi, wirujący derwisze w Konyi i skalne kominy Kapadocji, nad którymi unoszą się kolorowe balony wypełnione gorącym powietrzem. Taką wizję kraju ma przeciętny turysta. Choć nikt z tym nie walczy, Turcja chce jednak czegoś więcej. Turystyka serialowa, medyczna i ślubna to prężnie rozwijające się gałęzie „przemysłu”.
Jako że Turcja to drugi po Stanach Zjednoczonych producent seriali telewizyjnych, studia, w których kręcone były takie hity jak „Diriliş Ertuğrul” czy „Kuruluş Osman” (o protoplastach dynastii Osmanów; choć nie były – jak „Wspaniałe stulecie” czy „Inna ja” – wyświetlane w polskiej telewizji, mają rzesze fanów, którzy gromadzą się na internetowych grupach i samodzielnie tłumaczą seriale na polski), wizytowali nawet czołowi politycy, w tym prezydent Recep Tayyip Erdoğan. Roi się też w nich od turystów z innych krajów – a państw, w których wyświetlane są tureckie hity, jest 170. Dr Gökçe Özdemir, kierowniczka Katedry Zarządzania Turystyką Uniwersytetu Yaşar w Izmirze, potwierdza w rozmowie z mediami, że seriale zwiększają zainteresowanie turystów Turcją.
W 2024 r. odnotowano 15-procentowy wzrost liczby turystów z krajów, do których sprzedawane były seriale, szczególnie z Bałkanów i krajów arabskich. Liczba gości z Bośni Chorwacji, Kosowa, Serbii, Bośni i Hercegowiny wzrosła niemal dwukrotnie. Tamtejsze biura podróży oferują więc kilkudniowe wycieczki, przede wszystkim po Stambule, podczas których turyści odwiedzają głównie serialowe zakątki. Także niektóre linie lotnicze reklamowały połączenia z Turcją serialowymi odwołaniami. Władze zacierają ręce, widząc w serialach nie tylko szansę dla turystyki, ale i coś znacznie ważniejszego.
– Głos Turcji musi dotrzeć do wszystkich zakątków świata i zaprowadzić pokój i braterstwo, opowiedzieć światu o klimacie tolerancji panującym w Anatolii – deklarował swego czasu Nuri Ersoy, minister kultury i turystyki. – Tureckie seriale mają ogromne znaczenie w przybliżaniu naszej kultury.
Ma rację. Media społecznościowe ekscytują się każdą osobą, która twierdzi, że dzięki produkcjom znad Bosforu przeszła na islam.
Serialowa turystyka uprzykrza jednak życie przewodnikom. – Pytania o to, gdzie jest komnata, w której w serialu „Wspaniałe stulecie” Hürrem pobiła się z Mahidevran, albo gdzie jest stolik, przy którym sułtan wykonał pierścionek dla ukochanej, są na porządku dziennym – mówi przewodniczka Damla Arslan. – Trudno wytłumaczyć, że to tylko serial, do tego kręcony w studiu, nie w pałacu.
Wyjaśnienia nie wszystkich zrażają. Magia ekranu działa i sprawia, że nad Bosfor pod wpływem tych produkcji przybywają nie tylko turyści, ale i zagraniczni studenci. Pod koniec września poinformował o tym dziennik „Hürriyet”, cytując rektora Uniwersytetu Anatolijskiego
Bułgarska fabryka wakacji
Kraj o własnej bogatej kulturze i historii stawia atrapy Paryża, żeby ucieszyć masowego klienta
Korespondencja z Bułgarii
Polacy szturmują bułgarskie wybrzeże – co roku setki tysięcy wybierają Morze Czarne zamiast Grecji czy Hiszpanii. Masowa turystyka wiąże się jednak z dramatyczną przemianą regionu w przyozdobioną kiczem betonową pustynię tylko dla obcokrajowców.
Bułgaria od dwóch dekad pozostaje jednym z ulubionych kierunków wakacyjnych Polaków. Tanie loty, katalogowe pakiety, obietnica taniego wypoczynku bez komplikacji to, jak widać, oferta znakomita. Ale kryje się za nią także inna historia – dewastacja nadmorskiej przestrzeni, prymitywna turystyka niskiej jakości coraz częściej zamknięta w enklawach, gdzie nie uświadczysz już Bułgara. Nawet w obsłudze pracują głównie Mołdawianie, Ukraińcy, Tadżycy…
Polacy przyjeżdżają nad Morze Czarne na tydzień, w formacie all inclusive – to najpopularniejsza formuła od wielu lat. Niektórzy starają się zostać na dłużej, jakoś się tam zadomowić. Nawet kupują mieszkania, inwestują w apartamenty, próbują się zakotwiczyć w bułgarskim krajobrazie ekonomicznym, społecznym i kulturowym. Wciąż jednak stanowią mniejszość. Z jednej strony, dowodzi to atrakcyjności kraju: klimatu, kuchni, geograficznej bliskości. Z drugiej – odsłania mechanizm nierówności i uderzający w samych Bułgarów bum spekulacyjny na rynku nieruchomości.
Dlaczego Bułgaria stała się dla Polaków tak kuszącym miejscem? Rok 2025 tylko przypieczętował trend, który kształtował się od dawna: Bułgaria jest fabryką masowej turystyki. Do końca sierpnia przyjechało tu prawie 10 mln turystów zagranicznych, o 4% więcej niż w roku poprzednim. Branża chwali się rekordami, ministerstwo turystyki mówi o „najlepszym sezonie w historii”, a sektor liczy zyski. Ale równocześnie każdy, kto przejedzie się wzdłuż wybrzeża, niedługiego wszak, zobaczy cenę owego rekordu – totalną betonozę oraz drastyczną degradację krajobrazu i ekosystemów.
Polak – pewny i leniwy
Polacy od lat są jedną z największych grup turystów – ponad 438 tys. przyjazdów w 2023 r. to rekord potwierdzony w kolejnym sezonie. Jeśli chodzi o rok bieżący, dane pojawią się dopiero za kilka miesięcy, jednak można założyć, że będzie to sporo ponad pół miliona ludzi. Polskie biura podróży i tanie linie lotnicze uczyniły z Bułgarii swój priorytetowy kierunek: Warszawa-Burgas, Katowice-Warna, Kraków-Burgas – rotacja co kilka dni, od razu z transferem autokarowym „pod hotel”.
Od dawna nie ma tu miejsca na różnorodność, nie mówiąc już o jakiejkolwiek egzotyce. Bułgaria to po prostu tania alternatywa dla Grecji czy Hiszpanii, sprzedawana w katalogach obok Krety czy Majorki. Różnica polega i na tym, że w Bułgarii jest łatwiej i bardziej „swojsko” – animacje prowadzone są w naszym języku, menu w hotelach jest przetłumaczone na polski, a sklepy i bary przygotowane są specjalnie pod oczekiwania turystów z Warszawy, Poznania czy Pomorza.
Lokalny biznes wie, że Polak to klient pewny i leniwy: przyjedzie, zapłaci, ile trzeba, byle podsunąć mu pod nos coś, co uzna za rodzaj ekskluzywnej konsumpcji. Nie będzie też poszukiwał, zostanie w kompleksie, peregrynując z telefonem komórkowym i robiąc sobie zdjęcia przy basenie, w barach, w restauracji, na placu zabaw, przy zejściu na zarezerwowany dla niego sektor na plaży.
Dwa wzorce, oba negatywne
Jak mówi Rajko Domagarow, właściciel jednego z tysięcy biur, które świadczą podwykonawstwo i zapewniają realizację usług dla zagranicznych agencji turystycznych, w wielu miasteczkach na południowym wybrzeżu Bułgarii dominują dwa wzorce. – Najwięcej polskich turystów, którzy przechodzą przez moje biuro i dla których muszę znaleźć kwaterunek we wskazanym standardzie, to all inclusive: hotel, basen, restauracja, bar. Wydzielony kawałek plaży albo w ogóle brak dostępu do morza – zamiast tego chlorowana woda w basenie pół kilometra od plaży. Całość tak zaprojektowana, żeby nie przypominała Bułgarii – ma wyglądać jak „bezpieczny Zachód”. Ma być nowocześnie, może być trochę kiczu. Estetyka właściwie nikogo niemal nie obchodzi. Ważne jest, by było wszystkiego dużo lub żeby dużo opcji było w pakiecie. Poza konsumpcją








