Molestowanie seksualne społeczeństwa

Molestowanie seksualne społeczeństwa

Bez uprzedzeń

Gdyby arcybiskup miał kochankę – czy dałoby się tym zainteresować ludność w Polsce? Czy znalazłby się ktoś tak głupi, aby zamówić sondaż w kwestii, kto w tę kochankę wierzy, kto nie wierzy i kto nie ma zdania? Czy „Rzeczpospolita” i „Gazeta Wyborcza” pisałyby na ten temat przez kilka dni i zasięgały opinii u autorytetów kościelnych i świeckich? Wiadomo, że osoby duchowne z różnych szczebli hierarchii miewają romansowe związki z kobietami i że z tych związków nieraz rodzą się dzieci. Budzi to umiarkowane zgorszenie wśród dewotek i dewotów, poza tymi kręgami rzecz jest przyjmowana z przymrużeniem oka lub w ogóle nie budzi większego zainteresowania. Nawet tygodnik „Nie” się przekonał, że naturalnymi skłonnościami erotycznymi księży nie da się zainteresować czytelników.
Koła oświecone od dawna nauczają nas, że „orientacja” homoseksualna jest równie naturalna i dopuszczalna jak heteroseksualna, że tylko ciemnogród chciałby tu wprowadzać dyskryminację. Ale wystarczyło posądzenie arcybiskupa o skłonności gejowskie, aby różnica między kołami oświeconymi i ciemnogrodem zupełnie zniknęła. Może jej nigdy nie było, może „oświeceni” tylko sobie żarty z nas stroili?
Wszyscy dookoła zachodzą w głowę, dlaczego „Rzeczpospolita” i „Wyborcza” robią nagonkę na arcybiskupa. Cóż on takiego potwornego zrobił, że jego kolega z Episkopatu pod wpływem pogłosek „poszedł modlić się na Golgotę”. I dlaczego ten kolega „wyobraża sobie, jak bardzo muszą cierpieć rozdarcie i niepewność wierni z Poznania”, dlaczego uważa, że „ich bólu nie sposób ukoić w postaci oświadczeń… Ta rana prawdopodobnie będzie krwawić jeszcze bardzo długo”? Arcybiskupowi postawiono zarzut „molestowania seksualnego” kleryków i młodych, przystojnych księży. Wszyscy jesteśmy trochę zdeprawowani przez wykształcenie uniwersyteckie i ten rodzaj deprawacji trzeba nazwać werbalizmem. Więcej myślimy o słowach niż o rzeczach, mylimy słowa z rzeczami, słowa łatwiej wywołują w nas oburzenie niż realne fakty. „Molestowanie seksualne” – to brzmi tajemniczo i groźnie, prawie jak mord rytualny albo co najmniej pedofilia. A na czym to polega w rzeczywistości? Gazety informują nas, że arcybiskup lubił młodych przytulać i głaskać. Niewątpliwie odbiega to od normy statystycznej, bo my, męska większość, lubimy przytulać i głaskać kobiety, a nie księży. Czy z punktu widzenia postępowej seksuologii i oświeconej obyczajowości stanowi to aż taką różnicę, aby z tego powodu drzeć na arcybiskupa mordę na całą Polskę? Każdy o tym wie i dobrze rozumie, że duchowieństwo ma swoją wewnętrzną moralność, która sprowadza się do szczątkowych już i utrzymywanych jak gdyby na pamiątkę po średniowieczu reguł ascezy. Z punktu widzenia spoistości instytucjonalnej i dyscypliny wewnątrzkościelnej przekroczenie tych reguł może mieć złe znaczenie. Może rzeczywiście obejmowanie i głaskanie kleryków przez biskupa jest dla innych biskupów, bardziej opanowanych, powodem do „bólu, którego nie sposób ukoić” i być dla nich „krwawiącą raną”. Nie widzę w tym powodu do tego, co wyrabiają media. Co się kryje za tym niesamowitym wyolbrzymianiem niewinnych karesów poznańskiego arcybiskupa? Jedno jest widoczne jak na dłoni: nasze czasy znamionuje obsesja seksualna, telewizja i gazety rzucają się na każdy fakt, każde zdarzenie, które daje pretekst do zaprzątania uwagi szerokiej publiczności tematyką seksualną. Uprawiane przez gazety i inne media molestowanie seksualne całego społeczeństwa jest tysiąc razy gorsze niż karesy arcybiskupa.
Jeżeli w tej aferze była jakaś rola dla prasy wielkonakładowej, to polegała ona na wyjaśnieniu, kto, jakie środowiska katolickie wszczęły intrygę przeciw arcybiskupowi Poznania. I o co tu chodzi? Czy jest to przejaw walki kapliczek w Episkopacie? Kościelna „wojna na górze”? Czy – jak mówią postronni złośliwcy – próba zapobieżenia mianowaniu arcybiskupa kardynałem (polsko-katolickie piekło), na co się zanosiło?
Najwięcej pewności, jak zwykle, miała blondynka z TVN: dlaczego papież zwleka z odwołaniem tego gorszyciela! Już cztery lata temu „było wiadomo”, dlaczego dopiero teraz sprawę się ujawnia! Cały repertuar zwyczajowych już oskarżeń, wystrzeliwanych z domniemanego źródła absolutnej pewności. Paradni są ci dziennikarze! Cokolwiek wychodzi na jaw, dla nich zawsze wychodzi za późno. Nie robią jednak nic, aby już teraz odkryć afery, które będą odkryte za rok lub cztery lata.
Do czego służą mediom autorytety kościelne, przywoływane z byle okazji? I co te autorytety wiedzą o życiu? Są one przede wszystkim politycznie stronnicze, a w sprawach niedotyczących ich korporacyjnych lub prywatnych interesów – beznadziejnie łatwowierne. Akurat ta łatwowierność jest najmniejszym grzechem. Czy mogą nie być łatwowierni, skoro życie wypełnia im uczestniczenie w rytuałach takich jak np. przeistoczenie chleba i wina w ciało i krew Chrystusa? „Gazeta Wyborcza” odkryła, że w Łodzi służba zdrowia handluje zwłokami i dla zwiększenia obrotów uśmierca chorych. Nie mając pewności, czy ogół czytelniczy przyjmie wiadomość z należytą zgrozą, zaopatrzyła publikację autorytatywną opinią arcybiskupa, który oczywiście był przeciw handlowaniu zwłokami i uśmiercaniu chorych. (Co za subtelność sądu, jakie czułe sumienie!) Nie przyszło mu tylko do głowy zastanowić się, czy wiadomość jest prawdziwa lub przynajmniej prawdopodobna. Bo też nikt tak nie choruje na werbalizm, na mylenie słów i rzeczy jak biskupi, a zwłaszcza biskupi-profesorowie. Zatroskani o czystość Kościoła księża, zwłaszcza ci bardziej uczeni, prawie jednomyślnie głoszą, że prasa spełniła swój obowiązek i oni się z tego bardzo cieszą. Chyba nie są tacy głupi, aby tak myśleć naprawdę. Dlaczego więc korzą się przed gazetami? Edukacji seksualnej w szkole się sprzeciwiają, ale absorbowanie wyobraźni milionów ludzi erotycznymi skłonnościami arcybiskupa pochwalają, bo „prawda was wyzwoli”. O niczym nie mają zdrowego sądu, wszystko pokrywają skrzydlatymi słówkami.

 

Wydanie: 9/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy