Sommer na odchodne

Sommer na odchodne

Jak co roku wiadomo, że już nigdy nie będzie takiego lata, ale tym razem jakby bardziej. Wiele się wydarza istotności, także w kulturze, także ostatecznie, choć niekoniecznie tam, gdzie buzują stadne emocje. Nigdy już nie będzie takiego redaktora naczelnego. Piotr Sommer w 74. wiośnie swojego życia uznał, że czas oddać ster „Literatury na Świecie” młodszym. Kiedy legendarny szef kultowego pisma odchodzi, zwykle towarzyszą temu bojaźń i drżenie, zwłaszcza w czasie pisowskiej zarazy, która zawirusowała już choćby inne zacne tytuły, dotowane przez państwo, takie jak „Twórczość” czy „Nowe Książki”. Na szczęście pierwszy numer zredagowany bez Sommera nie zwiastuje radykalnych zmian: redaktorem naczelnym został Marcin Szuster, dotąd pełniący obowiązki sekretarza redakcji – też anglista, a tom w połowie wypełniają młodzieńcze (lecz czy inne istnieją? wszak autor zapił się na śmierć niestaro) opowiadania F. Scotta Fitzgeralda. Tańczy się w nich i swawoli na miarę początków Epoki Jazzu, skrzą się od błyskotliwych dialogów, rzecz może być atrakcyjna w lekturze także dla idiotów.

Sommer zaś na otarcie łez po swojej abdykacji wydał nowy tom wierszy. Od jego ostatnich „regularnych” zbiorków minęło kilkanaście lat, w międzyczasie robót literackich nie brakowało, nade wszystko tych przekładowych, albowiem to tłumaczeniom poeta swoje życie poświęcił, spolszczaniu cudzych głosów, zasiewaniu ziarna współczesnej poezji anglojęzycznej na grunt rodzimy. Z tego ziarna rozległy łan się zrodził, nie sposób przecenić wpływu autorów szkoły nowojorskiej na dorobek pierwszych pokoleń poetów III RP; zasług translatorskich i redaktorskich Sommera nie da się wyolbrzymić. Niejako mimochodem, stanowczo za rzadko, autor częstował nas osobistym głosem poetyckim, a jeśli to czynił, dla niepoznaki ukrywał się a to za formą reklamową („Tyle można powiedzieć”), a to za wierszykami dla najmłodszych („Fruwajka”) czy wręcz za brulionem podróżnym („Notes otwocki”). „Lata praktyki” to kilkadziesiąt wierszy nowych lub nieznanych, dowodzących, że dykcja czy jak kto woli idiom Sommerowski jest więcej niż ważki, jest wybitny. Podmiot cokolwiek się drażni z metryką, nie daje łatwo obsadzić w roli spowolnionego wędrowca, ku jesieni życia mu nieśpieszno, wszak nazwisko zobowiązuje. Choć i opadłym liściom poświęca uwagę zapewne nie przypadkiem, jak chociażby w akustycznej miniaturze „Nad ranem”, gdzie sytuacja liryczna zostaje raczej podsłuchana niźli – jak to najczęściej bywa – wypatrzona („Słyszałem jak przesuwane wiatrem liście / kruszą szron na trawie”).

Czasem się wiersze pisze, czasem się je robi z języka, chodzi na podsłuchy, w miejscach publicznych, gdzie rządzi potoczność, albo z dzieckiem, z którego niepoprawności czyni się literackie wyimki. Zamiast starczo utyskiwać na przypadłości wieku późnego, Sommer żwawo z nich – zarazem z siebie – drwi, jak w anegdocie o wyjściu na spacer z pieskiem bez pieska (bo się go zapomniało zabrać). Wspomina co prawda – i zdarza się, że nie może odżałować – rówieśnych koleżków, co go odumarli, kompanów młodzieńczego buntu przeciw władzy, który, bywało, kończył się na dołku – ale krzty kombatanctwa w tym nie ma. Jest bowiem Sommer poetą uważnym, słowa dobiera z pietyzmem i dokładnością, bez pośpiechu, tak by nikogo nie poniżyć, a i siebie samego zanadto nie wywyższyć. O śmierci mówi bezpośrednio w tonacji żałobnej tylko w jednym wierszu, będącym niejako rozwinięciem pierwszych zdań Camusowskiego „Obcego”. Jest to utwór tak wstrząsający, że choćby dla niego warto sięgnąć po cały tomik. Nie godzi się cytować go we fragmentach, a wierzę, że autor nie obrazi się za przytoczenie całości:

To jest imię i nazwisko. To jest imię i nazwisko mojej matki. Musiała chyba umrzeć, bo ułożyłem jej nekrolog, a potem przeczytałem go w gazecie, i na pogrzebie szedłem za trumną. / Mam przed sobą jej zdjęcie wyrwane z dowodu, gdy sporządzano akt zgonu, i notes, w którym szukałem telefonów jej koleżanek. Myślę o niej dużą literą, jak o zmarłej. / Nie pozwoliłaby mi wyrwać zdjęcia z dowodu osobistego, wyjąć z torebki notesu, pójść na pogrzeb i płakać, gdyby żyła. Chyba umarła. / Wymknęła się, choć masowałem jej ręce i szeptałem do niej. Podobno zmarła przed dziesięcioma dniami. To nie zdarzyło się nigdy przedtem.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 33/2022

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy