Po balu

W Polsce wszystko jest możliwe. Możliwe jest, że kolumbijski bramkarz, wykopując piłkę w pole, ku własnemu zdumieniu strzela gola naszej narodowej reprezentacji. Możliwe jest, że prezydent wraz z bratem wydają książkę, w której wyrażają swoje opinie o żyjących osobach, które przynajmniej prezydent z racji swego urzędu powinien zachować dla siebie choćby do końca kadencji.
Możliwe jest więc i to, że trzy dni po wyjeździe znad Wisły Benedykta XVI, który karcił pochopne sądzenie ludzi za ich przeszłość, rusza w najlepsze lustracyjna draka wśród kleru; że na rocznicy Trybunału Konstytucyjnego, którego sędziów papież – nie bez intencji przecież – przyjął na specjalnej audiencji, nie zjawia się demonstracyjnie głowa państwa prawa, a także premier i marszałkowie parlamentu; że główną refleksją mediów po papieskiej wizycie jest to, że papież Ratzinger przypomina im papieża Wojtyłę, choć mniej niż tamten czyta po polsku.
Przyglądając się przebiegowi wizyty papieskiej, nietrudno się zorientować, czym w istocie są dla polskiego katolickiego społeczeństwa te imprezy, których publiczność domaga się gwałtownie, mimo że jako podatnicy musimy za to płacić horrendalne sumy, odbierane szpitalom, dzieciom czy budownictwu. Jest to po prostu festyn, rodzaj nowego ruchomego święta kościelnego i dobrze, jeśli wypada ono w piątek, bo wówczas można z tego zrobić długi weekend i wyjechać na działkę. Jest to także okazja dla polityków i dziennikarzy, aby paść na kolana lub poddać się nabożnej lewitacji, w czym niezłe wyniki osiągnął tym razem p. Kraśko, gesty te bowiem zapisywane są teraz w aktach personalnych jako punkty za prawomyślność.
Kiedyś, bardzo już dawno temu, w czasie stanu wojennego, zaproszony zostałem przez grono „podziemnych dziennikarzy”, aby jako dziennikarz „nadziemny” wypowiedzieć swoje zdanie o tym, co się dzieje. Wtedy takie rzeczy były jeszcze możliwe i paranoja nienawiści daleka była od obecnego zenitu. Powiedziałem wówczas – ponieważ temat papieża Polaka także został poruszony – że osobiście wolę jednak, kiedy Rzym promieniuje na Wadowice niż Wadowice na Rzym. Pamiętam, że opinia ta zmartwiła bardzo nawet Janka Strzeleckiego, który robił mi za nią łagodne wymówki.
A jednak, po latach, ośmielam się ją powtórzyć.
Papież Ratzinger przyjechał do Polski jako Europejczyk, a więc człowiek żyjący w społeczności, w której katolicyzm jest jedną z możliwych postaw religijnych i światopoglądowych, współżyjącą z innymi, z którymi musi prowadzić dialog o współczesności człowieka i świata. Społeczności, w której kiedyś, we Francji, prezydent Chirac witał Jana Pawła II „w imieniu Francji republikańskiej i laickiej” i gdzie niemożliwe, nie do pojęcia po prostu jest zdanie Jarosława Kaczyńskiego, który na promocji wydanej wraz z bratem książki powiedział: „Są kraje, np. Holandia, w których jest kilka równorzędnych, rywalizujących ze sobą systemów wartości. W Polsce jest jeden, a jego depozytariuszem jest Kościół”.
Niewykluczone, że Benedykt XVI, głowa Kościoła rzymskiego, planując swój przyjazd do Polski, miał zamiar zakwestionować ten pogląd. Wskazują na to niektóre jego słowa na początkowym spotkaniu z klerem, a także niektóre słowa w Oświęcimiu (ŕ propos: czy nazwa ta została już wykreślona i mówić można tylko o Auschwitz?), gdzie zauważył, że było to przede wszystkim miejsce zagłady Żydów, a nie Polaków, o czym usilnie przekonywali organizatorzy. Jednakże bardzo szybko te jego intencje zderzyły się z katolicyzmem polskim, wadowickim i festynowym.
Głównym bowiem motywem jego wizyty, relacjonowanym przez media i chętnie podnoszonym przez uczestników festynu, było dociekanie, czy Benedykt XVI jest już, czy też nie jest jeszcze do końca kolejnym wcieleniem Jana Pawła II, chociaż wiara w wędrówkę dusz raczej nie należy do dogmatów Kościoła. A także czy daje się on „kochać”. I rzeczywiście okrzyki „Kochamy ciebie!”, a także kompletnie bezsensowne wobec Bawarczyka nawoływania „Zostań z nami!” zaczęły dominować pod koniec tej wizyty.
Trudno powiedzieć, czy papież Ratzinger, spłoszony perspektywą zostania w Polsce, zrezygnował z rozmowy z Polakami na serio, czy też ukołysały go festynowe tłumy i ich śpiewy, coś, czego z pewnością nie zaznał nigdy w życiu i czego już nie spotka nigdy więcej w żadnym cywilizowanym kraju. Człowiek, nawet uchodzący za kostycznego raczej i kameralnego teologa, jest tylko człowiekiem i z pewnością zbiorowe, dobrze wyreżyserowane uwielbienie mile łaskocze jego ego.
Tak czy owak widać, że wizyta ta z punktu widzenia polskiego katolicyzmu jest porażką. Nie dlatego, że wszelkie rozsądne wskazówki papieża kierowane do kleru i rządzących już po trzech dniach spłynęły po nich jak woda po gęsi. Po śmierci Jana Pawła II też przebąkiwano o tym, że może warto by się zastanowić nad jego poglądami, np. społecznymi, o zabarwieniu antykapitalistycznym, w rezultacie jednak zostało z tego tylko okno w Krakowie i kremówki w Wadowicach. Jest to jednak porażka dlatego, że w najmniejszym nawet stopniu nie udało się papieżowi z Europy wynieść polskiego katolicyzmu na poziom światopoglądu etycznego czy społecznego, który byłby zdolny do wzięcia udziału w debacie o współczesnych problemach Europy i świata. Wzmianka np., że nie jest najlepiej, kiedy rozwiązaniem polskiego bezrobocia jest masowa emigracja zarobkowa, przyjęta została ze szczerym zdziwieniem, jako coś zgoła niestosownego, a „Gazeta Wyborcza”, która od pierwszej do ostatniej strony wypełniona była wizytą papieską, jako odzew na te słowa natychmiast wysłała swoich ludzi do Aten, Barcelony, Londynu i gdzie tam jeszcze, aby pokazać, jak łatwo jest załapać się na robotę za granicą.
Polska festynowa religijność wygrała, bo zdołała utemperować zakusy na swoją rolę strażnika konserwatyzmu, parafiańszczyzny i zaściankowości. Być może gwarantuje to na jakiś czas polskiemu konserwatyzmowi, parafiańszczyźnie i zaściankowości spokojne i korzystne dla nich rządy w naszym kraju, Giertychowe działania w oświacie czy Kaczyńskie manewry śledcze.
Na dłuższą zaś metę, biorąc pod uwagę liczbę miłośników kremówek, gwarantuje to nam albo trwałą już rolę Polesia świata, albo dramatyczną klęskę reakcji, klerykalizmu i parafiańszczyzny, jako czegoś, z czym nie da się już funkcjonować we współczesnym świecie.
Ale, jak mawiał ponoć ekonomista Maynard Keynes, „na dłuższą metę to wszyscy umrzemy”.

Wydanie: 23/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy