Widmo wolności

KUCHNIA POLSKA

Podczas uroczystości wręczania mu Złotego Berła czy też Złotej Buławy w sali Hołdu Pruskiego muzeum w Sukiennicach (co w połączeniu z osobą i dziełem laureata tworzy zbitkę dość surrealistyczną) Stanisław Lem powiedział, że nie wziął udziału w organizowanej przez Unię Wolności naradzie w obronie kultury, ponieważ uważa, że kultury nie ratuje się, siedząc na naradach, lecz tworząc utwory, które ją wzbogacają.
Mimo to wziąłem jednak udział w zorganizowanej w tymże Krakowie naradzie w obronie publicznej telewizji i publicznego radia, dlatego między innymi, że – jak się dowiadujemy – instytucje te nie potrzebują już utworów, aby je wzbogacać, czego doświadczam także na własnej skórze.
W trakcie tej narady rozległo się sporo interesujących głosów, między innymi głos prof. Alberta Scharfa, dyrektora Bayerischer Rundfunk z Monachium, który twierdził, że nic nie jest obecnie tak potrzebne komercjalizującemu się światu mediów jak niekomercyjne i publiczne radio i telewizja, co pozostawało w pewnym rozdźwięku z panującymi u nas poglądami oraz praktyką TVP SA.
Jednak w prawdziwą zadumę wprawiły mnie głosy tych dyskutantów i referentów, którzy poszukując definicji telewizji naprawdę publicznej, znajdowali ją wyłącznie w całkowitej niezależności od wszelkich wpływów politycznych, a więc rządu, władzy, partii i innych instytucji, którym powierza się w drodze wyborów odpowiedzialność za armię, policję, finanse, zdrowie, oświatę i kilka podobnych drobiazgów.
Jest to wizja piękna i dość daleka od panującej u nas obecnie praktyki, w myśl której skład gremiów – takich jak na przykład Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji – ustalany jest w drodze przetargu politycznego i głosowań w Sejmie i Senacie, a więc politycznych. Zastanawiam się jednak, czym właściwie dałoby się zastąpić ów niedoskonały układ?
I tu zaczynają się kłopoty.
Wiadomo bowiem, że rozwiązaniem, które w skali światowej uwolnić miało media od manipulacji politycznej, stała się ich prywatyzacja, co w praktyce oznacza wyjęcie mediów z rąk rządów oraz polityków i oddanie ich w ręce kapitału. W konsekwencji podobne działania eliminują z programu mediów to, co słuszne, zdaniem rządzących, i zastępują tym, co zyskowne, zdaniem właścicieli. Trudno powiedzieć, aby był to wielki postęp na drodze do niezależności mediów, pomijając już nawet kwestię, że interes kapitału medialnego jest zazwyczaj także interesem politycznym. Niedawno „Newsweek” pisał na przykład, że Tony Blair, który z pewnością wygra wybory z torysami, będzie miał prawdziwą opozycję w postaci carów medialnych – Murdocha i innych – z którymi nie wiadomo, czy da sobie radę. Poszukiwacze niezależności mediów od polityki rzadko mówią o tym otwarcie, lecz kiedy już mówią, to także przyznają, że dyktat pieniądza – objawiający się u nas m.in. we wszechwładnym kryterium oglądalności czy słuchalności – nie jest rozwiązaniem optymalnym.
Tak więc symbolem umykającego ciągle, niczym w genialnym filmie Bunuela, widma wolności, stają się niezależni i szlachetni, oddani całym sercem służbie publicznej i powszechnemu pożytkowi ludzie mediów i dziennikarze. Ale skąd brać takich ludzi? Światowa historia mediów zna kilka postaci, które podaje się jako wzór. Ale już sam fakt, że pisze się o nich w historiach prasy i dziennikarstwa, dowodzi, jak rzadkie są to przykłady.
Niedawno uczestniczyłem w rozmowie towarzyskiej, w trakcie której pewna pani nie mogła się nadziwić, jak to możliwe, że prasa potrafi napiętnować z imienia i nazwiska postaci publiczne, zarzucając im kryminalne wręcz malwersacje i przekręty, potem zaś nic się nie dzieje. A tymczasem – jak twierdziła słusznie – należałoby albo owych napiętnowanych natychmiast aresztować i postawić przed sądem, jeśli zarzuty są słuszne, albo też demaskatorskiego dziennikarza natychmiast wyrzucić zewsząd, jeśli je zmyślił. U nas, jak wiemy, nie dzieje się ani jedno, ani drugie. Jedno nie wiem, dlaczego, drugie zaś, dlatego że niezależność mediów myli się z nieodpowiedzialnością dziennikarzy.
Widmo wolności umiejscowione w niezależnym środowisku pracowników mediów nie gwarantuje też żadnej niezawisłości poglądów i postaw politycznych, upowszechnianych przez media. Niedawno Jacek Kuroń w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” powiedział trafnie, że wprawdzie w Polsce przedwojennej politycznie zwyciężył Piłsudski i sanacja, to jednak w dziedzinie „rządu dusz” zwyciężył Roman Dmowski i endecja, czego owoce zbieramy do dzisiaj. (Nie wykluczone, nawiasem mówiąc, że coś podobnego czeka nas również obecnie, a więc politycznie zwycięży lewica, ale duszami nadal rządzić będzie obóz neoliberalny ze wszystkimi tego skutkami). Tak czy owak, jesteśmy jednak dalecy od tego, aby dziennikarze mediów publicznych byli, jak postulował to w Krakowie p. Marcin Król, „przeźroczyści” w zakresie osobistych upodobań i preferencji towarzyskich i politycznych, a uwolnienie ich od jawnej kontroli polityki nie jest żadną gwarancją, że będą pod jakimkolwiek względem bezstronni.
Cóż więc czynić, gdy widmo wolności mediów publicznych umyka coraz dalej i staje się na tyle nieuchwytne, że nawet jedna z kluczowych postaci naszego systemu medialnego zapowiedziała na rzeczonej konferencji, że po wyborach, gdy zwycięży opcja SLD-owska, media publiczne więcej uwagi i serdeczności poświęcać będą przyszłej opozycji?
Oczywiście, szukać mniejszego zła. Tym mniejszym złem wydaje się, mimo wszystko, obciążenie odpowiedzialnością za program i działanie mediów publicznych czynnika politycznego, sprawującego władzę w państwie. Wówczas przynajmniej będzie wiadomo, kogo złapać za rękę i winić za błędy.
Pewnie, że ideałem byłaby sytuacja, gdyby świadomi widzowie i słuchacze oddawali swoje potrzeby medialne w ręce szlachetnych i bezstronnych ludzi mediów, rozjaśniających ich horyzonty myślowe i obywatelskie. Ważne jednak, aby od marzeń umieć także powrócić do rzeczywistości.

Wydanie: 23/2001

Kategorie: Felietony