Dekomunizacja z udziałem Boga

Dekomunizacja z udziałem Boga

Wyznanie grzechów Kościoła w Polsce dokonane przez prymasa kardynała Glempa spotkało się z bardzo dobrym przyjęciem w prasie liberalnej. Dziennikarz “Polityki” uznał je za “wzruszające” i dostrzegł w nim “cenny i poruszający gest”, pokazujący wpływ Jana Pawła II na “nasze” życie religijne. Jeszcze głębiej poruszony był komentator religijny “Gazety Wyborczej”, Jan Turnau. “To jedno z najbardziej doniosłych świadectw w dziejach polskiego Kościoła. Słów Prymasa wysłuchaliśmy ze wzruszeniem i wdzięcznością”, napisał Turnau i dodał: “To jasne wskazanie grzechów, których Kościół winien unikać w nadchodzącym stuleciu i tysiącleciu”. Wielu nieuważnych ludzi może żałuje, że przegapiło wydarzenie mogące mieć wpływ na całe nadchodzące tysiąclecie.
Istotnie, dużo słyszy się o grzechach Kościoła i jego kapłanów, ale ja te wszystkie drobne plotki i ciężkie oskarżenia brałem z przymrużeniem oka, bo jakie to okazje do grzechu ma instytucja powołana do głoszenia niekontrowersyjnych wezwań do miłości bliźniego, do miłosierdzia oraz do pełnienia niekonfliktowych posług, jak: chrzest, pierwsza komunia, śluby, ostatnie namaszczenie, egzekwia, itp. Wyobrażam sobie, że najcięższy grzech, jaki kapłan katolicki mógłby popełnić, to złamanie tajemnicy spowiedzi, ale nie słyszałem, aby się to kiedyś zdarzyło. Wszystkie te grzeszki, jakie złe języki przypisują księżom, jak handel samochodami, cudzołóstwo czy wygodnictwo, daje się przecież łatwo usprawiedliwić jako wspomniane przez Prymasa “cechy dziedziczne narodu”. Skoro wyznanie win Kościoła tak bardzo poruszyło świadków, to te winy musiały być i wielkie, i trudne do wyznania. Jakie więc grzechy wyznał prymas Glemp? Najpierw przeprosił za słabość tych swoich poprzedników, arcybiskupów warszawskich, którzy okazali “lęk przed carem”. Nie wszyscy popełnili ten grzech słabości. Jeden z nich pokazał, że się cara nie boi i za to “został dożywotnio wygnany ze stolicy”. Domyślam się, że Prymas miał na myśli arcybiskupa Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, ale czynię to nieśmiało, bo nie zawsze można domyślić się, co prymas Glemp ma na myśli, zwłaszcza gdy chodzi o fakty. To prawda, że arcybiskupowi Felińskiemu podczas powstania, którego był przeciwnikiem, nakazano opuścić Polskę i osiedlić się w Rosji, w warunkach zresztą, jakich niejeden z prałatów mógłby mu pozazdrościć. Najciekawsze jest jednak to, jak i dzięki komu ten duchowny, który nie lękał się cara, został arcybiskupem warszawskim. Otóż został nim z woli cara Aleksandra II. Kandydaturę Felińskiego przedstawił imperatorowi margrabia Wielopolski. Żaden z carskich ministrów nie zgłosił zastrzeżeń, wprost przeciwnie, bardzo przychylnie o nim mówili. Sam arcybiskup Feliński tak o tym wspomina: “Kandydatura moja przeszła bardzo łatwo, a że sprawa była nagląca, wysłano więc niezwłocznie przedstawienie do Rzymu. (…) Stolica Apostolska trudności nie czyniła, a że rosyjski ambasador naglił, wyjątkowo przeto uwolniono mię nawet od kanonicznego procesu, tak że w parę tygodni już mnie Ojciec Św. prekonizował i wnet wysłano odpowiednie bulle”. Żadna nominacja nie nastąpiła wówczas tak prędko, a powodem była carska protekcja. Feliński został przysłany do Warszawy z wyraźną misją polityczną, miał on opanować sytuację w Kościele wciąganym coraz bardziej do akcji przygotowującej powstanie. Przez opinię publiczną przyjęty został źle, przez księży-patriotów w rodzaju tego pajaca Mikoszewskiego jeszcze gorzej, a konspiratorzy wyrabiali mu opinię zdrajcy. Był to jeden z najrozumniejszych arcybiskupów warszawskich w czasach zaborów. Jeżeli prymas Glemp poważnie traktuje swoje dziwne kryteria winy i zasługi, to nie ma on żadnej racji, aby uniewinnić Felińskiego, który z całą pewnością “bał się rozlewu krwi”, co zdaniem naszego Prymasa, jest grzechem, do którego on sam się “przyznaje” (“Bałem się rozlewu krwi w czasie stanu wojennego…”).
Trzeba tu wymienić jeszcze jednego wybitnego arcybiskupa warszawskiego, który “nie lękał się cara”. Jan Paweł Woronicz nie widział powodu, aby bać się cara, ponieważ uważał go za prawowitego, koronowanego króla Polski, któremu winien jest lojalność uczciwego, honorowego poddanego. Jeszcze jako biskup krakowski, Jan Paweł Woronicz wraz z innymi duchownymi zwracał się do cara Aleksandra z prośbą o opiekę nad religią katolicką w Polsce, której to prośbie car nie odmówił, przeciwnie, zamanifestował tę swoją opiekę, zwalniając na prośbę polskich biskupów Stanisława Kostkę Potockiego, człowieka niezwykle światłego i zasłużonego, ze stanowiska ministra oświaty.
Prymas Glemp uważa, że strach przed carem jest grzechem, za który hierarchowie powinni przepraszać wiernych i prosić Boga o przebaczenie. Kto lub co natchnęło go takimi wyobrażeniami moralnymi? Czy Ewangelia nakazuje chrześcijaninowi buntować się przeciw władzy cesarza? Monarchomachia, tyranobójstwo to pojęcia z marginesu katolickiej tradycji. Gdy będziemy próbowali dociekać, jakie są źródła prymasowskich wyobrażeń na temat winy i zasługi, nie znajdziemy ich ani w Ewangelii, ani u św. Tomasza, ani w tradycji, ani u tego jedynego sprawiedliwego arcybiskupa warszawskiego. Bez większego trudu natomiast znajdziemy je w słabo czytelnych drukach “drugiego obiegu” lat 80.
Prymas wyznał, prawie łkając, rzekomą winę za to, że “nie zdołał ocalić życia księdza Popiełuszki”. Nic łatwiejszego niż takie wyznanie, ponieważ nikt przy zdrowych zmysłach nie oskarża o to Prymasa. Być może akurat to wyznanie tak bardzo wzruszyło dziennikarzy z liberalnych gazet. Ja, gruboskórny Kaliban, człowiek bez czci i wiary, myślę sobie, że gdyby jakiś zbzikowany trybunał “dekomunizacyjny” oskarżył kiedyś prymasa Glempa naprawdę o to, z czego on się publicznie spowiada na niby, to gromadziłby on wtedy dowody swojej rzeczywistej niewinności, a nie urojonej winy.
Prymas powiada w swoim charakterystycznym stylu, polegającym na przeplataniu trywialności ze wzniosłością, że “niewielka wprawdzie część duchownych, bo sięgająca 5-10 proc. całości, bądź wierzyła w trwałość komunizmu, bądź w istniejącym systemie chciała zapewnić sobie spokojne życie. Za te postawy chwiejności – połowicznej zdrady lub pełnej zdrady – przepraszam Cię, Boże”. Przypomnijmy sobie komentarz dziennikarza: to jasne wskazanie grzechów, których Kościół winien unikać w nadchodzącym tysiącleciu.
Chcieć spokojnego życia w złym ustroju została przez prymasa Glempa zrównana z przejawami największego zła w wieku holokaustu. Absorbując uwagę Boga jakimiś głupstwami, głowa polskiego Kościoła nie jest w stanie sformułować ani jednego tematu, który nie byłby już wielokrotnie przez dziesięć lat “wałkowany” w setkach gazet. To “wyznanie grzechów” nie ma żadnej religijnej ani moralnej powagi. Ono wpisuje się w propagandową akcję “dekomunizacyjną” i świadczy, jak daleko zaszedł już proces zeświecczenia celów polskiego Kościoła i jego zobojętnienie na treść misji ewangelizacyjnej.

 

Wydanie: 22/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy