Sprawy ważne i nieważne

Sprawy ważne i nieważne

W ostatnich dniach politycy byli zajęci nie tylko ważną reformą emerytalną, ale przede wszystkim tajnymi więzieniami CIA, stawianiem bądź niestawianiem Jarosława Kaczyńskiego przed Trybunałem Stanu oraz treścią rozmowy ambasadora Bahra z min. Sikorskim bezpośrednio po katastrofie smoleńskiej. To ostatnie miało być terapią na kolejną fazę paranoi smoleńskiej: Macierewicz już wszystko ustalił i wie, że pod Smoleńskiem (a właściwie to chyba nad Smoleńskiem, bo w powietrzu!) był zamach, Kaczyński nie wie jeszcze na pewno, ale mocno to podejrzewa, i sugeruje jakieś powiązania Sikorskiego z zamachowcami. Chcieli swoimi rewelacjami podzielić się w Brukseli z Europą, wykorzystując do tego Martę Kaczyńską, ale Europa jak zwykle pozostała na cierpienia Polski obojętna.

Abp Michalik odkrył, że w Polsce toczy się zaplanowana wojna z Kościołem, w której poważną rolę odgrywa masoneria, Palikot uznał, że Michalik to taki sam cham jak Rydzyk. Ten ostatni wieszczy, że Polska ginie, a Kaczyński twórczo przyrównał Tuska do Gomułki, uznając, że obydwaj identycznie prześladują Kościół. Poza tym Kaczyński chce ratować Telewizję Trwam, broniąc jej przed decyzją Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Telewizji Trwam bronić też będzie, ale niezależnie od PiS, Ziobrowa Solidarna Polska. Pociechą jest również to, że, jak pisał po wychodkach bohater Mrożkowego opowiadania, „katolicy się nie dadzą!” – abp Hoser zapowiedział, że nie będzie klękał przed
prof. Hartmanem, czego zresztą ten ostatni chyba nie oczekiwał.
Na lewicy też poważnie. Miller z mównicy sejmowej nazwał posłów Ruchu Palikota „naćpaną hołotą”, Palikot nie pozostał mu dłużny na kilku konferencjach prasowych, odkrywając na rękach Millera krew naszych żołnierzy z Iraku i Afganistanu. Staremu-nowemu liderowi SLD chyba puszczają nerwy. Jego wypowiedź w Sejmie była bardzo nierozważna i w najwyższym stopniu ryzykowna. Jeśli powiedział prawdę, wiedział, że jacyś posłowie Ruchu Palikota ćpają, a jeśli ćpają, to znaczy, że posiadali przy sobie (zanim zażyli i mieli w sobie) narkotyki, to jako funkcjonariusz publiczny miał prawny obowiązek powiadomić o tym prokuraturę. Jeśli tego nie zrobił, popełnił przestępstwo niedopełnienia obowiązku. Jeśli zaś na temat naćpania skłamał, zniesławił posłów Ruchu Palikota i popełnił przestępstwo pomówienia. Tyle że pomówił z mównicy sejmowej i w związku z tym chroni go immunitet. Lepiej więc dla niego, gdyby się przyznał, że skłamał. Zresztą Leszek Miller nie boi się żadnego więzienia, bo wie, że i tak „mury runą, runą”, co dziarsko wyśpiewywał pod Sejmem razem z protestującymi przeciw reformie emerytalnej manifestantami z „Solidarności”. To też było fajne i poniekąd dialektyczne.

Jak widać, polityka polska wspięła się na wyżyny. W tym zalewie tandety, paranoi i zwyczajnej głupoty prawie niezauważone przeszło sejmowe wystąpienie ministra spraw zagranicznych dotyczące polityki zagranicznej Polski, a o istocie i potrzebie reformy emerytalnej społeczeństwo zrozumiało z ogólnego jazgotu polityków i związkowców mniej więcej tyle, ile poseł Pięta z sejmowego wystąpienia min. Sikorskiego, i, najogólniej rzecz biorąc, jest przeciw. Mechanizm takiego sprzeciwu opisał kiedyś w „Historii filozofii po góralsku” ks. Tischner. A było to tak: „koniec skoły cyfrowacy był rzewny. Nie widomo kto i ka, ale rozesła się plotka, ze tota skoła to jest masońsko sprawa. I zaceny się prześladowania. Ludzie nie barz wiedzieli, co to za sprawa ta »masońsko sprawa«, ale się bali pomoru owiec i plotkom uwierzyli…”. Teraz też ludzie nie bardzo wiedzą, o co chodzi, ale uwierzyli plotkom, że będą musieli pracować do śmierci, to się boją i są przeciw.
Swoją drogą media, które są mocno przekonane, że realizują misję informacyjną, zamiast prezentować wypowiedzi ekspertów ekonomistów i specjalistów od ubezpieczeń społecznych, którzy przedstawialiby istotę propozycji wydłużenia wieku emerytalnego, jej konsekwencje społeczne i ekonomiczne, uparcie prezentują wypowiedzi polityków, o których z góry wiadomo, co powiedzą i komu przywalą, o prawdę na ogół się nie troszcząc. Politycy Platformy – wiadomo, bezkrytycznie będą popierać propozycje rządu, więc są niewiarygodni. Politycy opozycji za wszelką cenę chcą dołożyć rządowi, zarzucając mu w najlepszym razie głupotę, a w najgorszym zdradę i chęć wygubienia rodaków. W to też większości trudno uwierzyć, więc ludzie nie wierzą już nikomu.
Może uwierzyliby nie politykom, lecz ekspertom. Ale ekspert z reguły jest nudny, do rozmowy z ekspertem to i dziennikarz musi się przygotować. Lepiej więc do studia zaprosić polityków. Im oryginalniejszych, tym lepiej. Najlepiej zapraszać parami, wprawdzie z góry wiadomo, co który powie, ale jak tym razem jeden drugiego obrazi, nie wiadomo. Czekanie na taką niespodziankę zawsze trzyma w napięciu.

Trudno szukać w mediach poważnej dyskusji nad wystąpieniem ministra spraw zagranicznych. Telewizja z upodobaniem pokazuje wygłup posła Pięty (choć dla niego nie był to wygłup, ale produkt najcięższej pracy intelektu), który w polskiej polityce zagranicznej widzi jawną zdradę ojczyzny i przepowiada Sikorskiemu, że w wolnej Polsce stanie za to przed trybunałem. Nawet zabawne to nie było, tylko żałosne. Jaki z tego ma być przekaz do społeczeństwa? Że wybiera do Sejmu idiotów? Tymczasem wystąpienie zasługiwało na poważną dyskusję, i to nie wyłącznie polityków. Szkoda, że takiej debaty prawie w mediach nie było. A jak nie było w mediach, to nie było i w społeczeństwie. Szkoda, bo sprawa przyszłości Europy i naszego miejsca w niej naprawdę jest ważna, zarówno dla nas, jak i dla przyszłych pokoleń Polaków. To problem nie tylko polityczny, lecz także cywilizacyjny.

Wydanie: 15/2012

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy