Samotność pól bawełnianych

Samotność pól bawełnianych

Nie ma piwnicznego chłodu, chociaż schodzę w dół. Inni też trzymają w rękach czarno-biały wydruk ze zbliżonymi do siebie twarzami dwóch mężczyzn, którzy pochylają się do pocałunku. Tymczasem to ja czuję się jak przed zbliżeniem: ekscytacja, napięcie, ciekawość. To nie do zniesienia. I jak przyjemnie to znosić! Zawsze przed spektaklem jest trochę czasu, więc staram się myśleć o czymś innym. Wydaje mi się, że przed wejściem do TR Warszawa widziałam Wojciecha Kuczoka oglądającego mecz w kawiarnianym ogródku. Ale czy Kuczok jest teraz aż tak zarośnięty? Wyglądał jak wiking i zerkał surowo w dziwnym skupieniu wikinga.

Na zewnątrz upał. Jakiś Hiszpan przemawiał do mnie językiem Hiszpana, za rogiem ścigali się chłopcy: jeden był Niemcami, drugi Polską. Potem przez chwilę bili się w milczeniu. A teraz my w tej piwnicy jak „białe i ślepe zwierzęta”. Dryń, dryń i wpuszczają nas na widownię. Ludzie wachlują się ulotkami, biletami. Sadowią, strzelają oczami. Dziewczyny z nagimi plecami, Jacek Poniedziałek poważny w pierwszym rzędzie. Szukam reżysera, widok reżysera na pewno by mi pomógł. Halo, gdzie kapitan statku? Gdzie główny doktor? Nie znajduję. Tymczasem światła gasną. Nad kurtyną widzę cienie. Cienie podrygują, czegoś chcą. Kurtyna rozsuwa się i widzimy ich: zespół muzyczny The Natural Born Chillers i dwóch aktorów przed mikrofonami. Mocna, wpływowa muzyka. Ruszam palcami u stóp, na szczęście nie widać, są w butach. Aktorzy stoją w oldskulowych garniturach, z krótkimi, cienkimi krawatami przypominającymi stryczek. Ich sygnety świecą jak elektryczne guziki. U nich też jest noc. W sztuce Koltèsa spotykają się na ulicy, w godzinie „barbarzyńskich stosunków między ludźmi i zwierzętami”, dwaj obcy mężczyźni – dealer i klient. W pobliżu wieżowców, a jednak wycięci z miasta. W centrum zdarzeń, a jednak „poza grą, poza życiem”, wyabstrahowani. Sami na planie tego spotkania, zredukowani do siebie nawzajem. Jeden z nich „ma, co trzeba, żeby zaspokoić przechodzące obok pożądanie”. Drugi mówi, że „pozostanie obojętny na wszystko, co przytrafi mu się w drodze”. A jednak nie jest obojętny: zatrzymuje się i nieznajomy wciąga go w swoje pole rażenia, trzyma na krótkiej lince, ogląda, jakby klient sam był towarem. Skąd przychodzi dealer, co ma? Byłby zwykłym naganiaczem czy raczej agentem, który ma zdobyć podpis innego potencjalnego agenta? Albo po prostu Freudowskim „id” – naszą chutliwą, chętną do ulegania naturą? Naszym „Chcę wszystkiego. Natychmiast”? A może handluje sobą i ma tylko, aż tyle? Dojdzie do wymiany?

Ale przecież – jak pokazuje reżyser spektaklu Radosław Rychcik – już rozmowa, sama rozmowa sprawia im obu (i nam) przyjemność – chwyty erystyczne, retoryczne pytania, rozbudowane metafory, dwuznaczności. Utrzymywanie dwuznaczności tak długo, zdanie po zdaniu, wymaga wysiłku. Przebiegłości. Sztuczek. Ile energii! Obaj obdarzają się uwagą i są pilni w patrzeniu, słuchają uważnie, uważnie dobierają słowa. Ta wymiana trwa, ten deal już się odbywa, a my możemy to obserwować. Aktorzy Wojciech Niemczyk i Tomasz Nosiński pokazują i ciało, i to, co pod spodem. Pragnienie tak wielkie, że staje się bezsilnością, żałobą po marzeniu, żalem. Oto człowiek po przemianie w obciążony ołowiem worek, człowiek jak zastrzelona kaczka. Samo wyznanie pragnienia już jest wyjściem z pozycji siły i władzy. A człowiek nocą, zawiedziony i smutny, kiedy poczuje się odrzucony, może sięgnąć po broń. Czułość zamienia się w przemoc, troskliwość w agresję: mogę cię pragnąć? Chcesz mnie? Już mnie masz. Można jeszcze obrócić wszystko w żart? Już nie. Rychcik wyciąga na zewnątrz, na twarze aktorów, całą dynamikę emocji, nadziei i lęków, które nas określają podczas różnych społecznych wymian. Frenetyczną pantomimę, groteskową fizjonomię, skowyt. Operuje przy tym współczesnym językiem, tak nam bliskim: językiem kina, kampu, apokaliptycznego montażu, koncertu, performance’u, zdarzenia. I ma rzadką umiejętność zatrzymywania się w odpowiednich miejscach, dlatego wierzymy w pokazaną przez niego histerię. To histeria naszego świata: multitaskingu (świetne wideo Marty Stoces), kapitalizmu, który nas definiuje, zakupów, które mają określić naszą tożsamość. Wreszcie histeria człowieka, który traci rzeczy. Umiejętność tracenia – może to najpilniejsza umiejętność, jaką powinien posiąść człowiek. Jak pisała w jednym z wierszy Elizabeth Bishop: „Trać rozleglej, trać szybciej, ćwicz – wejdzie ci w nawyk / utrata miejsc, nazw, schronień, dokąd chciałeś uciec / lub chociażby się wybrać. Praktykuj te sprawy”.

Spektakl się kończy, oklaski. Piękna ta „Samotność pól bawełnianych”. Lubię, kiedy ktoś do mnie mówi, a ja mu wierzę. Wychodzę wraz z innymi na zewnątrz. Próbujemy odzyskać równowagę. Z ogródka wybiega Hiszpan! – Do you want to try something amazing? – pyta. I nagle rozumiem, że chce mi coś opchnąć. Jednak nie ma niczego, czego od niego chcę. Kuczok poszedł pewnie do domu. Obok Niemcy z Polską jedzą lody rożki pod Żabką – mają po dziewięć lat. W upale śmietankowe lody spływają im aż do łokci. Na placu Zbawiciela poci się w czarnych ubraniach hipsteria. Trzeba jakoś poradzić sobie z emocjami. W sklepie na rogu kupuję pierwsze piwo. Patrzę na wypalone słońcem miasto: ja też chcę różnych rzeczy, ale najbardziej jednej.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy