Dwie Polski?

Dwie Polski?

SLD nie chce się dogadywać z Ruchem Palikota, który niedawno sprywatyzował nazwę i z Ruchu Palikota stał się Twoim Ruchem. Sojusz podejrzewa ugrupowanie Palikota o gospodarczy liberalizm, a jemu samemu wypomina, że wydawał kiedyś katolicki „Ozon”. Palikot może przypomnieć SLD, a szczególnie Leszkowi Millerowi, jak to prowadził liberalną gospodarkę w czasach, gdy rządził, jak podlizywał się Kościołowi… PO nie chce się dogadywać z SLD (choć może będzie musiała), bo jej działacze uważają się za antykomunistów (cokolwiek by to dziś znaczyło) i z komuchami rozmawiać nie będą. Co najmniej część elektoratu SLD przypomina Platformie udział w PiS-owskiej lustracji i dezubekizacji, wsparcie tworzenia CBA oraz likwidację WSI i nie może jej tego wybaczyć.
PSL (z wyjątkiem posła Kłopotka, który co drugi dzień zrywa koalicję i przez to jest obiektem ciągłego zainteresowania coraz głupszych mediów) deklaruje lojalność wobec koalicyjnej PO. Myślę, że gdyby zaszła potrzeba, taką lojalność za odpowiednią pulę stanowisk mogłoby deklarować Prawu i Sprawiedliwości, gdyby tylko wygrało wybory i szukało koalicjanta. Jeśli coś PSL przed tym powstrzyma, to chyba tylko wspomnienie losów Samoobrony. Rola przystawki przy PiS jest niepewna. Choć w zasadzie pewna – PiS ją zeżre. Ostatecznie przystawka jest po to, by ją zeżreć. Jest jeszcze Partia Demokratyczna z Andrzejem Celińskim na czele, który rzadko bywa zapraszany do mediów (a szkoda, bo to jeden z najrozsądniejszych polityków polskich), tyle że jego partii już prawie nie ma, no i Stronnictwo Demokratyczne, które wprawdzie nie liczy się w żadnych sondażach, ale zdaje się, że nieźle sobie radzi z zarządem swoimi nieruchomościami. Platformie sześcioletnie rządy chyba już zbrzydły i dlatego postanowiła popełnić samobójstwo. Wybiera sobie do tego dość dziwne metody – głównie przez wykrwawienie. A to ministrem sprawiedliwości robi Gowina, dając mu tym samym nieograniczony dostęp do mikrofonów i kamer, które on natychmiast wykorzystuje do budowania własnej pozycji politycznej. A to organizuje sobie niekończące się wybory i towarzyszące im rozgrywki w terenie. A przy okazji zapada na choroby, na jakie zapadają zwykle partie władzy: bezideowość, nazywaną nie wiedzieć czemu pragmatyzmem, arogancję, kolesiostwo.
Jednak wszystkie te ułomne pod wieloma względami, niemogące się dogadać partie akceptują zgodnie kilka rzeczy. Na przykład to, że państwo jest jakąś wartością, że demokracja jest wartością, że państwo powinno być państwem prawa, w którym szanowane są prawa i wolności obywateli. Akceptują zatem demokratyczny mechanizm wyłaniania władz i przyznają, choć czasem z bólem, że Polska jest wspólnym dobrem wszystkich Polaków, a mandat do rządzenia ma ten, kto wygra demokratyczne wybory. Nie wierzą też w „smoleński zamach”.
Od wszystkich tych partii zasadniczo różni się PiS. Dla niego państwo nie jest żadną wartością. Wartością jest tylko państwo rządzone przez PiS. Prezydent, o ile nie jest nim Kaczyński, jest wybrany przez pomyłkę, można go lżyć i obrażać. Można, a chyba nawet trzeba, lżyć premiera i rząd, przypisując im wszelkie podłości i niegodziwości. Polska nie jest też państwem wszystkich Polaków, tylko państwem patriotów, pojmujących patriotyzm tak, jak pojmuje go PiS. Kto nie akceptuje tego wzorca patriotyzmu, nie jest Polakiem, nie ma prawa Polską rządzić, a nawet – zdaje się – w Polsce mieszkać. Władza nie bierze się z woli narodu wyrażonej w wyborach, ale z moralnego nadania. Co jest moralne, co niemoralne, co jest patriotyczne, co niepatriotyczne, określi w razie czego prezes Jarosław Kaczyński, człowiek złożony z samego dobra, jak sam niegdyś się skromnie określił, ewentualnie wyjaśni to jego rzecznik, człowiek, którego mądrość jest niemal równie wielka jak przyrodzenie, a wielkością tego ostatniego chwalił się niedawno. Mitem scalającym tę część sceny politycznej jest mitologia smoleńska, przekonanie o zamachu i spisku ciemnych sił.
Wydaje się, że różnica między PiS a każdą dowolną partią na polskiej scenie politycznej jest wielokrotnie większa niż różnice, jakich można się dopatrzyć między pozostałymi partiami.
Czy nie jest wyzwaniem chwili utworzenie jakiegoś wspólnego frontu wszystkich stojących na gruncie demokracji partii, jakiegoś ruchu obrony demokracji? A przynajmniej wydanie wspólnego oświadczenia w obronie zagrożonej demokracji?
Jest to tym ważniejsze, że obok PiS, niejako w jego cieniu, rozwija się ruch radykalno-narodowy. To ideowe dzieci PiS, racą, kamieniem z bruku i pałą realizujące cele, które PiS jedynie wskazuje. Skandujące hasła, których ideowe przesłanie formułowało niegdyś PiS – jego działacze i propagandyści.
Powtarzający się skandal z obchodami Święta Niepodległości ukazuje skalę problemu – problemu, który narasta i będzie narastał.
W obliczu tych zagrożeń cała demokratyczna Polska powinna być razem. Niestety, nie jest.
Kiedyś Zbigniew Brzeziński w prywatnej rozmowie tak nas pouczał: „Bo wy nie rozumiecie, czym jest polityka. A polityka to sztuka kompromisu. Dla was natomiast polityka to sztuka postawienia na swoim za wszelką cenę. Dlatego wasza scena polityczna jest tak strasznie rozdrobniona”.

Wydanie: 47/2013

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Komentarze

  1. Marekkr
    Marekkr 26 listopada, 2013, 12:14

    Trudno dodać cokolwiek.Zgoda!

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Aleksander
    Aleksander 26 listopada, 2013, 21:33

    Wszystkie te partie, które wg Pana tolerują i udają że akceptują reguły demokratyczne wraz z partią przeciwną jaką jest PiS, PJN i SP muszą zostać wycięte ze sceny politycznej i musi powstać nowe ugrupowanie rzeczywistej lewicy oraz prawicy i chyba bez rewolucji się to nie zmieni.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy