Poza spojrzeniem kamerdynera: lewica 2020

Poza spojrzeniem kamerdynera: lewica 2020

W atmosferze nudnej i pozbawionej jakiejkolwiek wizji politycznej kampanii wyborczej nikt się nie zastanawia, jak będzie wyglądała Polska po roku 2020, kiedy ostatecznie skończą się środki unijne. Życie bez finansowej kroplówki z Unii Europejskiej wykracza poza horyzont wszystkich głównych partyjek działających w Polsce. Ich liderzy zazwyczaj nie grzeszą dalekosiężnymi wizjami i żyją wyłącznie rozgrywkami bieżącymi. A raczej rozgryweczkami niewychodzącymi poza granicę najbliższego tygodnia. Natomiast perspektywa postrzegania przez nich otoczenia społecznego przypomina tę, którą Hegel określał „wymiarem kamerdynerskim” – Heńka zrobimy szefem powiatu, Marian będzie kandydatem na prezydenta, a Stefan lubi biznes, to damy go do jakiejś spółki zależnej KGHM. Tak w skrócie wygląda polityka partii rządzących Polską. O poszczególnych aktorach wiedzą coś od kuchni, ale tracą perspektywę, która pozwala dostrzec losy społeczeństwa i kraju w szerszych ramach – historii, przemian systemowych i wydarzeń światowych. Debaty o wielobiegunowości świata czy możliwym egalitarnym ładzie w warunkach globalizacji nie udźwignie przecież nie tylko Jarubas, Ogórek czy Duda, ale także Kopacz, Kaczyński i cała reszta. Tutaj muszą wystarczyć tylko nic nieznaczące hasła.

Przetrącona lewica nie jest w stanie wznieść się intelektualnie i politycznie powyżej tego poziomu. Dlatego powoli jej elektorat jest rozdzierany między dwa prawicowe bloki – ci, którzy bardziej cenią kulturowy liberalizm i boją się prawicowej konserwy, ze strachu mogą być pochłonięci przez PO. Ci, którzy mają dość rynkowego fundamentalizmu, finansowego przymusu i narastających nierówności, są w stanie zatkać nos i poprzeć PiS. W ten sposób represja kulturowo-obyczajowa z pewnością w Polsce nie zmaleje, podobnie jak nie obniży się poziom nierówności. Nie da się tego załatwić bez wyrazistej lewicy. A głosowanie na PO lub PiS może tylko załatwić resztki wolności i równości.

Wokół czego mogą się skupiać sympatycy lewicy i skąd mają się brać? Propozycja lewicowego ruchu społecznego powinna być skierowana do tych 60% społeczeństwa, które nie czuje się reprezentowane przez obecny układ polityczny. Zazwyczaj są to ludzie z gorszymi zarobkami, z niższych półek społecznych. Szukając ich klasowo-zawodowego określenia, można najogólniej powiedzieć: pracownicy najemni.

Kwoty na listach wyborczych, tożsamość płciowa czy równouprawnienie ze względu na płeć w zarządach spółek – te i inne zmartwienia pań z klas średnich i wyższych bawiących się w feminizm raczej nie przyciągają uwagi tych, którzy mogliby być bazą dla lewicy. Podobnie jak zabawy drobnomieszczuchów w poprawę estetyki miast czy inne postmodernistyczne psychoterapie dla wąskich nisz społecznych nie stanowią zmartwień klas ludowych. Stąd prosty wniosek, że lewica w Polsce może organizować się głównie wokół spraw socjalno-ekonomicznych. Dość dobrze rozumieją to doradcy partii władzy. Rząd Platformy po zwarciu z górnikami najszybciej, jak mógł, uciekł z pola trudnych tematów socjalno-pracowniczych i przerzucił się na kwestie mało groźne dla władzy, jak in vitro czy zupełnie abstrakcyjna dla Kowalskiego płeć kulturowa. Platformiana władza zawsze też może liczyć na sprowokowanie PiS – jak nie rocznica smoleńska, to może jakieś inne historyczno-ideologiczne spory pozwolą odwrócić uwagę od realnych problemów społecznych. Poza tym w rezerwie zawsze jest Ukraina, wojna i bezpieczeństwo kraju – władza, jeśli tylko może, zawsze chętnie rozmawia o zewnętrznym zagrożeniu, a nie o krajowych problemach. A wystarczyłoby zorganizować społeczną kampanię wokół kwestii żałośnie niskich płac w Polsce czy podziału środków z PKB, aby przerwać rządową propagandę. Więcej redystrybucji, mniej manipulacji – tak mogłaby wyglądać lewicowa taktyka. Tylko kto ją ma zorganizować?

Raczej nie ci, którzy myślą jedynie o tym, aby samemu nie wypaść z polityczno-partyjnego obiegu. Rozpaczliwe i coraz bardziej nerwowe pląsy resztek parlamentarnej lewicy nie działają mobilizująco na lewicowy elektorat. Podobnie jak na wzrost sympatii nie wpływają różne, nawet nieistniejące w świadomości społecznej, lewicowe kanapy, na których mieści się co najwyżej kilku odrealnionych działaczy.

Stąd wniosek, że zarówno rozdrobniona masa upadłościowa parlamentarnej lewicy, jak i zideologizowani, kłótliwi i sekciarscy kapitanowie lewicowych łódeczek, na których zazwyczaj nie ma załogi, stanowią raczej przeszkodę niż pomoc w budowaniu w Polsce poważnej oferty politycznej.

Jak więc pozbierać tę poobijaną lewicę? Raczej od dołu niż od góry. Na pewno bez koniunkturalizmu, asekuracji i kalkulacji. Bez niepotrzebnych pytań w stylu: czy to się opłaca? Czy nie będzie przez to problemów? Czy nie spotka nas kara i nie narazimy się z powodu zaangażowania? Czy media nie oplują i nie stworzą medialnego potwora? Jeżeli taki ruch miałby być naprawdę poważny, z definicji będzie opluwany, atakowany ze wszystkich stron, a zaangażowanie się w jego działania będzie narażało na wiele nieprzyjemności. Ale to właśnie będzie dowodem, że mamy do czynienia z poważną ofertą polityczną, a nie z kolejną zabawą czy z pozbawioną treści medialną wydmuszką. Czasu trochę jest – tegoroczne wybory i tak są już zmarnowane. Pierwsze wyborcze starcie może nastąpić w okolicach 2019 r. Na razie warto tworzyć niezależną analizę społeczno-polityczną tego, co się dzieje, ale nie z pozycji kamerdynera, lecz z perspektywy coraz bardziej sprzecznych interesów społeczeństwa i panującego systemu.

Wydanie: 13/2015

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy