Prawdziwi Francuzi

Prawdziwi Francuzi

Kolejny, a niestety nie wiem, czy nie trzeba będzie jeszcze bez końca trwonić czcionek, przyczynek do kwestii „dziadka z Wehrmachtu”, polskiej narodowej rusofobii, pogardy dla Pepików, źle skrywanej niechęci do Niemców, poczucia nieskończonej wyższości wobec rumuńskich złodziei i bułgarskich pastuchów. Rzecz niby wstydliwa, aliści w prawicowych (i niestety nie tylko) mediach wynurza się regularnie, niczym potwór z Loch Ness, przy każdej domniemanej okazji.

„Le Parisien Magazine” (dodatek do nr. 21931) opublikował specjalne dossier, do którego zresztą nie będę się ograniczał, pt.: „Wszyscy nasi politycy są dziećmi cudzoziemców”. I tak prezydent François Hollande ma korzenie żydowskie. Jego poprzednik i rywal w nadchodzących wyborach Nicolas Sarkozy jest synem Węgra i wnukiem Greczynki. Obecny premier Manuel Valls jest z urodzenia, jakby miało to cokolwiek znaczyć, pełną gębą Hiszpanem, a ściślej, co łączy go z panią mer Paryża Anne Hidalgo – Katalończykiem. Nathalie Kosciusko-Morizet wyrosła z kultury polskiej po dziadku, który jednak wycofał się z jednego z i kreseczki nad s w nazwisku. Rzeczywiście wymówić „ściuszko” jest dla cywilizowanego Francuza absolutnie niemożliwe. Krew polska płynie także w żyłach Floriana Philippota – wiceprzewodniczącego francuskiego Frontu Narodowego. Jean-François Copé panujący nad departamentem, w którym mieszkam, mający całkiem realne ambicje prezydenckie, ojca ma Rumuna, matka wywodzi się z Francuzów algierskich, gdzie nigdy nie wiadomo, kto miał dziadka po której stronie. Minister spraw zagranicznych Laurent Fabius może wybierać z dwóch lineaży: żydowsko-francuskiego i po matce amerykańskiego. Niespełniony, ale wciąż obecny na scenie politycznej centrysta François Bayrou ma mamę Irlandkę. Lider skrajnej lewicy Jean-Luc Mélenchon miał dziadków hiszpańskich i włoskich. Były minister finansów Pierre Moscovici ma matkę Polkę (z domu Bromberg), która poślubiła rumuńskiego Żyda. Ojciec socjalisty Jeana-Christophe’a Cambadélisa był Grekiem, matka Marisol Touraine – Chilijką, a ojciec Géralda Darmanina – Maltańczykiem. To tylko fragmencik listy polityków.

Cóż dopiero mówić o artystach. Spośród samych piosenkarzy: ikona francuskiego rocka Johnny Hallyday jest Belgiem (naprawdę Jean-Philippe Smet), podobnie Annie Cordy i Maurane, Belgiem był też Jacques Brel; Salvatore Adamo jest Włochem, włoskie korzenie mieli Yves Montand, Frédéric François i Serge Reggiani; Dalida i Claude François wywodzili się z Egiptu; Charles Aznavour jest Ormianinem; Josephine Baker i Joe Dassin byli Amerykanami; Jane Birkin jest Angielką; Patrick Bruel i Enrico Macias urodzili się w Algierii; Celin Dion jest Kanadyjką; Léo Ferré był (z urodzenia, nie dla pieniędzy) obywatelem Monako; Serge Gainsbourg pochodził z rodziny żydowskiej, tak samo jak Jean-Jacques Goldman; Lio jest Portugalką; Paul Misraki i Georges Moustaki byli Grekami; Mika jest Libańczykiem; Sylvie Vartan – Bułgarką; Jean Villard był Szwajcarem, Alain Souchon przybył z Maroka itd.

O świecie naukowym zamilczę. Wśród księży katolickich jest znaczny procent Polaków, a w ogóle wśród kleru francuskiego reprezentatywnych jest ponad 20 narodowości. W kabaretach – symbolach paryskiego życia – tańczy więcej cudzoziemek niż miejscowych. Na Łuku Triumfalnym wyryte są nazwiska napoleońskich dowódców wojskowych 18 narodowości, w tym siedmiu Polaków (prawda, że w strasznej ortografii): Poniatowski, Kniaziewicz, Łazowski, Dąbrowski, Sułkowski, Zajączek, Chłapowski…

W tym, że to nikomu nie przeszkadza, nie byłoby jeszcze niczego pouczającego. Znacznie istotniejsze jest, że Francuzi szczycą się tym kosmopolityzmem swojej kultury. Uważają bowiem nie bez racji, że dowodzi on, po pierwsze, nieustającej atrakcyjności i siły przyciągania republiki, po drugie, przynosi wciąż świeżą krew i rozszerzając horyzonty, broni przed popadnięciem w zaściankowość, zasklepianiem się w starych, nacjonalnych paradygmatach. W 1944 r. węgierski arystokrata Pál Sárközy de Nagy-Bócsa ucieka przed Armią Czerwoną, która skonfiskowała jego dobra. We Francji zaciąga się do Legii Cudzoziemskiej, z której wkrótce jednak zostaje zwolniony ze względu na zły stan zdrowia. Poznaje wówczas i poślubia Andreę, córkę Aarona Mallaha, Żydówkę sefardyjską, urodzoną w Salonikach, która w wieku 14 lat wyemigrowała do Francji z paszportem greckim, ale ma już obywatelstwo republiki. Z ich małżeństwa urodzi się troje dzieci, w tym najmłodszy Nicolas. Podobno jednak mały Nicolas najbliżej związany był z dziadkiem po kądzieli „Beniko”, który podczas I wojny światowej walczył w szeregach francuskich, ożenił się z pielęgniarką Adelą Bouvieux, nawrócił na katolicyzm i został wzorowym patriotą nowej ojczyzny. Tak więc miał chociaż mały Nicolas w rodzinie jedną babkę znad Sekwany i najgorliwszego neofitę. Czy w Polsce wystarczyłaby mu taka narodowa parantela, żeby zostać prezydentem? W żadnym przypadku! Nawet Kukiz by nie potrafił. U nas trzeba być prawdziwym Polakiem. Polakiem katolikiem itp. Sam Sarkozy mówi skromnie: „We Francji można zrobić karierę z cudzoziemskim nazwiskiem nawet w polityce”. Owszem, faktem jest jednak, że nikt go nie pytał o krewnych walczących w austrowęgierskich szeregach przeciw entencie, a i później… Bo to nikogo nie obchodzi, nie tym mierzy się ludzi, ich zasługi i kompetencje. Oto i cała różnica między Paryżem a Warszawą. Niby nic, a na razie jeszcze przepaść.

Wydanie: 23/2015

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy