Żadnych tajemnic

Żadnych tajemnic

Bez uprzedzeń

W jednym z felietonów napisałem, że Polacy w Iraku mogą być dla Amerykanów kłopotliwym sprzymierzeńcem. Na wojnie jak na wojnie, można przypadkowo popełnić jedną z tych zbrodni, które racja stanu nakazuje utrzymać w tajemnicy. Jeśli Amerykanom coś takiego się zdarzy, Polacy wypaplają to przed całym światem. Wypaplali co innego, co na szczęście nie było, choć mogło być tajemnicą. Wyjawianie wszystkich możliwych tajemnic stało się nakazem szczególnej moralności, jaka zapanowała w Trzeciej RP. Posłowie popadają w konflikty sumienia, z których nie widzą innego wyjścia jak tylko przez zdradę tajemnicy śledztwa lub innej. Posłowie opozycyjni bronią „instytucji przecieków”. Jeżeli prokurator lub funkcjonariusz policji jest sfrustrowany przebiegiem śledztwa, to co mu pozostało jak nie spowodowanie przecieku – pyta retorycznie poseł, członek sejmowej Komisji do spraw Służb Specjalnych. Teoretycznie urzędnik, który przekazał komuś na ucho tajną informację, może być ukarany. Dziennikarz ujawniający tajemnicę w prasie lub telewizji daje dowód swojego zatroskania o dobro wspólne. Ochrona danych osobowych staje się fikcją, gdy tylko znajdzie się ktoś zainteresowany cudzymi danymi. Tajemnica korespondencji prywatnej zostaje naruszana, gdy członek jakiejś komisji śledczej nią się zainteresuje, aby następnie podzielić się zdobyczą z ludnością całego kraju. Posolidarnościowa klasa polityczna natychmiast po objęciu władzy rządowej i medialnej zaczęła zabawiać się ujawnianiem danych z archiwów policyjnych, nawet takich, jakie w innych państwach nawet po stu latach nie mogłyby ujrzeć światła dziennego. Czemu to miało służyć? Kompromitowaniu rywali? Nie tylko. To dawało coś w rodzaju rauszu, skoku podniecenia, jakiego myśliwy doznaje, gdy ustrzeli zająca albo dzika. Można sięgnąć też do porównania z tym, co przeżywają chłopcy, zabawiając się pif-paf swoją małą pirotechniką. Wybebeszanie tajnych archiwów częściowo można tłumaczyć polskim infantylizmem politycznym. Muszą istnieć jeszcze inne przyczyny. Strach polityków i dziennikarzy przed nudą, obawa, że zaraz nic się nie będzie działo, że ich życie okaże się jałowe i próżne, jeżeli nie zajdzie coś wystrzałowego, popycha ich do czynów typu pif-paf dla dorosłych. Złamać zasadę, naruszyć tabu dyskrecji, zrobić coś, co jest przestępstwem, ale niekaralnym w przypadku posła czy dziennikarza. Polska polityka wielopartyjna i medialna przestała czemukolwiek służyć, brakuje jej patriotyzmu, świadomości zbiorowego losu, wyobraźni co do przyszłości. Straszliwa pustka, nuda, jaka ją ogarnia, rodzi szaleństwo odtajniania wszystkiego, co może wywołać chwilowy dreszczyk. Jeden ujawnia w gazecie, że ojciec był donosicielem, drugi w telewizji – że matka był kurwą. Temu wszystkiemu przyklaskują arcybiskupi i proszą o jeszcze.
Francuzi nie przejęli się aferą spowodowaną przez polskie władze po znalezieniu rakiet Roland w Iraku. Dlaczego mieliby się przejmować naszą kompromitacją? W Polsce uważa się, że ta kompromitacja polega na błędnym odczytaniu daty produkcji francuskich rakiet. W rzeczywistości ten błąd przesłania istotę sprawy. Czy ujawnienie znaleziska byłoby słuszne, dopuszczalne, gdyby rakiety były wyprodukowane i dostarczone do Iraku w roku 2003?
Dostarczenie Irakowi rakiet w okresie wojny i przygotowań do wojny należało z góry uznać za nieprawdopodobne. Stosunki między Paryżem a Waszyngtonem są złe, ale nie wrogie. Mimo że są złe, dla Stanów Zjednoczonych Francja pozostaje o wiele cenniejszym sojusznikiem niż Polska, z którą stosunki są bardzo dobre. Irak nie ściągnął do siebie całej polityki międzynarodowej, jest tylko jej elementem. Odmawiając udziału w wojnie, Francja nie złamała żadnego postanowienia sojuszniczego – ani bilateralnego, ani natowskiego. Trzeba nie mieć zdolności rozróżniania tego, co prawdopodobne, od tego, co nieprawdopodobne, aby ogłaszać, jak zrobiła polska telewizja (a za nią rzecznik MON), że Francja dozbraja armię, z którą jej historyczny i aktualny sojusznik właśnie walczy.
Prawdopodobieństwo jednakże, jak sama nazwa podpowiada, nie daje absolutnej pewności. Pozostawia miejsce dla wątpliwości i podejrzeń. Złóżmy, że było w rzeczywistości tak, jak się Polakom wydawało: rakiety Francja dostarczyła do Iraku w roku wojny. Czy należało to ujawniać? Polityk z prawdziwego zdarzenia odpowie zdecydowanie: nie należało. Nie wolno zdradzać tajemnic sojusznika, nawet gdyby kryły działania bezprawne czy zbrodnicze. Oczywiście, zaraz można zapytać, kto jest naszym sojusznikiem w tych okolicznościach: Francja czy Ameryka. Najściślejsze, najbardziej wiążące są sojusze wojenne. Czy to znaczy, że wobec Ameryki jesteśmy bardziej zobowiązani niż wobec Francji? Odpowiedź byłaby twierdząca, gdybyśmy rzeczywiście razem z USA prowadzili wojnę z Irakiem. Jednak jej nie prowadzimy; jesteśmy tam tylko po to, żeby się wydawało, że Amerykanie nie walczą sami, lecz razem ze „społecznością międzynarodową”. Odgrywamy tam rolę teatralnego halabardnika. Nie mamy wspólnego interesu i nie zachodzą wydarzenia, w wyniku których mogłoby się zawiązać braterstwo broni. Francji jesteśmy winni więcej, ponieważ Unia Europejska jest czymś więcej niż sojusz. Stanowi jedność polityczną, która ciągle się pogłębia i zacieśnia i która od składających się na nią państw ma obietnicę transferu uprawnień na rzecz władzy europejskiej.
Polska dała, niestety, dowód, że nie czuje się solidarna z państwem należącym do Unii, do której też chce należeć i prawie należy. Zasiana została wątpliwość, czy państwa Unii mogą liczyć na lojalność Polski choćby w sprawie tak oczywistej jak dochowanie tajemnic państwowych.

 

Wydanie: 44/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy