Walkower sprzyja miernotom

Walkower sprzyja miernotom

Zaciśnij zęby i idź. Tak odpowiadam na pytanie, co zrobić w najbliższą niedzielę. Z wielu możliwości ta ciągle wydaje mi się najsensowniejsza. Myślę tak, choć politycy decydujący o partyjnych listach robią wszystko, by preferować swoich, i pozostają głusi i ślepi na argumenty, że ich faworyci nie tylko są nic niewarci, ale wręcz im szkodzą. Szkodzą ich partiom. Ale pal to licho, bo przecież nikt nie będzie żałował, jeśli rozpadnie się kolejny chory twór opanowany przez cyników traktujących państwo jak krowę do wydojenia. Niestety, szkody są znacznie większe, bo takie kumoterskie praktyki kadrowe bardzo mocno wpływają na stosunek Polaków do całego systemu politycznego i wszystkich elit. Ugruntowują i tak już powszechne przekonanie, że do polityki idzie się nie dla służby publicznej i realizacji głoszonych programów i wartości, ale by jak najszybciej się nachapać.
No i co z tego, że pod skorupą kilkunastu mętnych postaci stale obecnych w mediach jest wielu ludzi wartościowych, kompetentnych i pracowitych, skoro ich nie widać?
Sami po trosze jesteśmy temu winni, nabijając liczniki oglądalności programów, które żyją ze zderzania bulterierów polityki. Im są głośniejsi, bezczelniejsi i bardziej prymitywni, tym lepiej dla widowiska. A przecież zamiast się denerwować tą tandetą, można ją łatwo wyeliminować z obiegu publicznego. Pstryk pilotem – i po badziewiu. Mam zresztą nadzieję, że jesteśmy w końcowym etapie egzystencji tych programów. Malejąca widownia to sygnał, że mamy dość takiego traktowania. Czytelnikom, którzy piszą o tym, jak ich denerwuje oglądanie tych programów, radzę, by częściej używali telewizyjnego pilota. Szkoda czasu na miernoty.
Mimo gorzkich słów o tych, którzy zamulają nam rzeczywistość, jestem przekonany, że prawie na wszystkich listach wyborczych są kandydaci, których można poprzeć bez dyskomfortu psychicznego. Są ludzie o sprawdzonych kwalifikacjach, z niekwestionowanym dorobkiem, cieszący się zaufaniem własnych środowisk zawodowych i autorytetem tam, gdzie mieszkają i działają. Te kryteria spełnia w kraju wystarczająco wielu kandydatów, by nasze głosowanie miało sens. Na listach lewicowych takich kandydatów jest więcej niż na innych. A że często są pochowani, tym bardziej warto ich znaleźć i wesprzeć. Prezentując symbolicznie, ale nieprzypadkowo, zdjęcia kilku kandydatów, chcemy przypomnieć, że 25 maja warto się ruszyć z domu. Bo nasza nieobecność będzie walkowerem premiującym tych, których na pewno w Brukseli nie chcemy.

Wydanie: 21/2014

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy