Od strony wymiarów

Dziwna, pedantyczna, znakomita książka. Prawdopodobnie pies z kulawą nogą jej nie czyta. Po prostu dzieł z zakresu „paranormalnego” jest w tej chwili tak dużo i tak wiele jest wśród nich zwyczajnego śmiecia, że „Wyższy wymiar” Ernsta Meckelburga po prostu w nim się zagubił. Podtytuł „Czy istnieje życie po śmierci” także do lektury nie bardzo zachęca, bo na ogół wiadomo, że będą to dywagacje spirytystyczne, channelingowe, okultystyczne, magiczne albo mistyczne. Słowem, odwołujące się do jakiejś wiary, ale zawierające minimum wiedzy. Meckelburg napisał wszakże książkę zupełnie inną, o wiele bardziej wiarygodną. Ceną tego jest ostrożność, a więc zupełny brak jakichś olśniewających efektów. Przypomina mi to książki Erlendura Haraldsona o Sai Babie, najostrożniejsze i dlatego najbardziej wiarygodne. A, mówiąc szczerze, także moje własne felietony ezoteryczne z cyklu „Podejrzewanie świata”. Ale ja jestem rozwichrzonym Polakiem, a Meckelburg pedantycznym Niemcem, dlatego nie stać mnie na taką ścisłość i dokładność.
Meckelburg oczywiście też coś zakładać musi. Ale opierając się na pracach fizyków, matematyków i biologów, nawet tych dość sceptycznych. A wynika z nich, że poza trzema widocznymi przez wszystkich wymiarami i czwartym – czasem jest tych wymiarów jeszcze kilka. To jest znane i skądinąd (choćby Michael Kaku) i można tylko dyskutować, ile tych wymiarów naprawdę jest – 10, 11 czy12. Meckelburg idzie za niemieckim fizykiem Burkhardem Heimem i przyjmuje, że jest ich 12, co zresztą dla normalnych ludzi nie ma większego znaczenia. Otóż biorąc pod uwagę drugą zasadę termodynamiki („w sytuacji przemiany energii całkowita suma energii zawsze pozostaje ta sama”), coś, co pozostaje po śmierci człowieka, istnieje nadal w którymś z ogólniejszych, „wyższych” wymiarów. Być może, w próżni kwantowej. A zostawać może tylko świadomość, i to niekoniecznie jedynie ludzka, ale i wyżej rozwiniętych zwierząt.
Ale czy rzeczywiści coś zostaje? I tu zaczyna się nieskończona niemal lista uporządkowanych i sprawdzonych zjawisk paranormalnych. Trzeba przyznać, że jest ich tak dużo i tak udokumentowanych, że wprost nie może to być jakieś złudzenie czy halucynacja. Zresztą o halucynacjach Meckelburg pisze bardzo obszernie, przyznając, że niezwykle tu trudno oddzielić subiektywne od obiektywnego, rzeczywiste od domniemanego. Bo jedno nie musi wykluczać drugiego. Ciekawe, że najbardziej jeszcze ezoterycznymi odwołaniami są dla autora Moody, Jung, Einstein czy Freud, natomiast nie ma tu żadnego Monroego czy Moena, czyli autorów może godnych wiary, ale ostatecznie niepotwierdzonych. Wrażenie robi właśnie rzeczowość „Wyższego wymiaru” i brak jakichkolwiek domniemań, jak właściwie wygląda istnienie w owych wyższych wymiarach. No i właśnie to, że można o dalszym istnieniu świadomości mówić w sposób doskonale laicki. Szczególnie jeden cytat zrobił na mnie wrażenie: że nawet Martin Gardner dopuszcza istnienie pośmiertne w próżni kwantowej. Trzeba wiedzieć, kto to ten Gardner: jest to nieubłagany wróg wszelkich ezoterycznych koncepcji, cudów i niezwykłości. W Polsce od lat znamy jego książkę „Pseudonauka i pseudouczeni”. Istny kat na wszelkie „para”, wcielenie empirii i racjonalizmu. A tu nawet i on…
Na bezmierną ilość paranormalnych zjawisk brak było dotąd próby racjonalnej odpowiedzi. A są to zjawiska niewątpliwie prawdziwe. Nikt już na świecie nie przeczy istnieniu poltergeistów, eksterioryzacji, bilokacji, cudów, nagrywania głosów z zaświatów i tak dalej. Trudno uznać to wszystko za oszustwa albo „przypadek”. Nie wiem, czy rację ma Meckelburg, uważając człowieka za rodzaj hologramu, kwestionując realne istnienie czasu, przyjmując za to istnienie światów równoległych czy zróżnicowanej struktury świadomości. Zdaje się jednak, że nauka pomału zaczyna dysponować kategoriami dotyczącymi spraw dla nas najważniejszych. Nie można było dorzecznie mówić o piorunach przed odkryciem elektryczności, o bakteriach, kiedy nie istniał mikroskop, a o strukturze materii bez wielkich odkryć XX w. A przecież to dopiero mizerny początek odkryć, które nas czekają. „Paranauka” kiedyś przestanie być „para”, a to, co dotąd było tabu albo przedmiotem wiary czy niewiary, znajdzie właściwe sobie uzasadnienie, model i terminologię. W każdym razie Meckelburga trzeba koniecznie przeczytać.

Wydanie: 30/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy