Twarde konieczności

Twarde konieczności

Bez uprzedzeń

Z punktu widzenia historyka idei politycznych, obecna wojna izraelsko-palestyńska jest o wiele ważniejsza od terrorystycznego ataku na Nowy Jork i Pentagon. 11 września 2001 r. potwierdzona została trywialna wiedza, że kraj połączony z całym światem najdoskonalszymi i najmniej kontrolowanymi środkami komunikacji nie jest zabezpieczony przed fizycznymi skutkami wrogości, jaką gdzieś, nawet w zapadłym kącie świata, może budzić. Także rozmiar szkód i ilość ofiar ludzkich w proporcji do ogromu Stanów Zjednoczonych nie były takie, by mogły głęboko wstrząsnąć świadomością narodową. (W Nowym Jorku zginęło tyle ludzi, ile w Warszawie ginęło, średnio licząc, każdego dnia przez okres dwu miesięcy. Czy Polacy zrewidowali swój sposób myślenia politycznego po tej klęsce? Wnioski spłynęły po narodzie jak woda po gęsi). Potęga amerykańska szuka dla siebie sposobu uzewnętrznienia się i dopiero to, co ona zrobi w nadchodzących dziesięcioleciach, może być rewelacyjne dla umysłów.
Europejskie rządy prawie jednomyślnie twierdzą, że gdyby nie zły Ariel Szaron, to konflikt z Palestyńczykami nie przybrałby tak krwawego obrotu. Uchodzi on za ekstremistę, człowieka niezdolnego do przewidywania, wyżywającego swoją naturę wojownika. Chętnie widziano by na jego miejscu kogoś pokojowo i kompromisowo usposobionego. W takim podejściu widzę przesadną personalizację polityki. Należałoby raczej zapytać, czy na przywódców o naturze wojowniczej nie spadają czasem kłopoty wynikłe z postępowania ich poprzedników usposobionych pokojowo i nazbyt optymistycznie. Rabin, gdyby dożył, też nie mógłby zahipnotyzować Arafata, nie mówiąc o reszcie Palestyńczyków. Jego postępowanie w szczegółach byłoby odmienne, ale „stanu wojny”, jak określa to Szaron, nie mógłby uniknąć. Obecność przy Szaronie Peresa jest wystarczającym potwierdzeniem, że również szczery zwolennik pokoju musi tę wojnę przyjąć jako zrządzenie nie Opatrzności, oczywiście, ale politycznego determinizmu.
Ta wojna pokazuje, że w polityce jest o wiele mniej wolności dla rządzących, niż utrzymują moraliści. Tym samym podważa ona consensus, jaki w parędziesiąt lat po wojnie światowej ustalił się w europejskiej i amerykańskiej popularnej filozofii politycznej. Przyjęto prawie powszechnie, a w Polsce z karykaturalną przesadą, że rządy nad narodami i państwami można sprawować według przyjętego z góry projektu moralnego. Jeżeli w jakimś państwie panuje spokój i dobrobyt, prawa człowieka są szanowane, a policja i wojsko nie używają broni, to upatruje się w tym potwierdzenia słuszności projektu, jaki realizują dobrzy ludzie będący u władzy. I odwrotnie: gdzie konflikty przybierają postać wojny, stwierdza się gniewnie brak moralnych zasad rządzenia, a samych rządzących piętnuje jako ludzi bez sumienia. XIX-wieczna dyskusja na temat roli jednostki w historii została jednoznacznie rozstrzygnięta: tak, jednostki posiadają moc wszczynania wojen i zaprowadzania pokoju, ustanawiania złych albo dobrych ustrojów itp. Tę historiotwórczą moc przypisuje się nie tylko tym, którzy posiadają władzę, ale także tym, którzy jej podlegają. Przed sądami stawia się zwykłych wykonawców rozkazów, ofiary potężnych machin władzy, a nawet więźniów. Do wielkich procesów historycznych stosuje się pojęcia wytworzone w grupach towarzyskich i w partiach działających w warunkach wolności i pokoju. Obiektywizm i szukanie związków przyczynowych między zdarzeniami stają się moralnie podejrzane. Kiedyś romantyczni socjaliści nazywali ekonomię polityczną „smutną nauką”, bo głosiła nie to, czego oni chcieli. Nie było jednak innego wyjścia, do tej smutnej nauki trzeba było nagiąć swoje pobożne życzenia. Spodziewam się, że wojna izraelsko-palestyńska da do myślenia moralistom-politycznym iluzjonistom i może złagodzi uprzedzenia do smutnej nauki o polityce.
Jeśli chcemy mniej więcej rzeczowo rozpatrywać tę wojnę, nie powinniśmy zapominać, że pokój jest celem wszelkiej polityki. Celem – a więc nie środkiem. Nie w sprawie pokoju Ariel Szaron potrzebuje pouczenia od polityków europejskich. Niech spróbują doradzać, jakimi środkami może on ten cel osiągnąć. Jestem pewien, że nie przyjdzie im do głowy nic jaśniejszego, logiczniejszego, bardziej realistycznego niż to, co on dobrze wie.
Jest mi bardzo smutno to mówić, ale nie przychodzi mi na myśl państwo, które powstałoby inaczej niż z wojny. Nawet Szwajcaria powstała z wojny. Stare państwa europejskie zapomniały o swoich początkach. A mają właśnie okazję, aby sobie o nich przypomnieć. Izrael jest „nowym księstwem”, jak powiedziałby Machiavelli. Walczy o swoje prawo do istnienia. W takiej sytuacji nie jest się bardzo wrażliwym na ideały ogólnoludzkiego braterstwa, tolerancji, wieloetniczności i wielokulturowości. Na to wszystko przyjdzie czas, gdy byt państwa zostanie zapewniony. Tymczasem najbardziej twardą rzeczywistością na Bliskim Wschodzie jest odpowiedzialność rządu Izraela przed swoim narodem za obronę państwa. Wszystkie napomnienia i potępienia międzynarodowe muszą odbijać się od tej rzeczywistości jak dziecinne piłeczki od kamiennego muru.

 

Wydanie: 14/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy