Mimo wszystko

Mimo wszystko

Na wstępie mały wstęp, wstępy rzadko są ciekawe, ten jednak jest odruchowy jak dzień dobry.
Moja przygoda z felietonem trwa od stanu wojennego. Ukrywałem się wtedy przez rok i aby nie oszaleć, zacząłem dawać świadectwo w poezji i w prozie. Stworzyliśmy na progu stanu wojennego podziemne „Wezwanie”, gdzie zacząłem pisać „Dziennik zewnętrzny” jako Witold Charłamp, potem pisałem „Z ukosa” jako Smecz. W dalekim Maisons-Laffitte dostrzegł mnie Jerzy Giedroyc i ściągnął do paryskiej „Kultury”. Pisałem co miesiąc aż do śmierci Redaktora w roku 2000. Potem w „Plus Minus” w „Rzeczpospolitej”, do czasu gdy ten dziennik został podbity przez narodową prawicę. Wtedy przeniosłem się do tygodnika „Newsweek”, na jego ostatnią stronę, do czasu gdy pod nowym kierownictwem w mojej rubryce zagościła Magda Gessler. W końcu był tygodnik „Wprost”, ale dosyć szybko zmienił się w tabloid, „moją” ostatnią stronę zastąpiła rubryka towarzyska. To też są znaki czasu.
Jeśli już jesteśmy przy znakach, w paryskiej „Kulturze” nie było znaków, ale strony, komputery osobiste to była sfera science fiction. Pisałem do 30 stron maszynopisu. Potem w „Plus Minus” liczono już znaki, 20 tys., potem zostałem skazany na 16 tys., co wydawało się katastrofą. Wszystko jest względne. W „Newsweeku” stałem się nagle biegaczem na krótkim dystansie, i to w moim wieku. „Wprost” to już tylko 4 tys. Tłumaczono: pismo potrzebuje światła. Co jednak już mogło oświetlać?
Owo kurczenie się tekstów, skracanie scen w filmach to też znaki czasu. Wszystko musi być dynamiczne, sensacyjne, na jeden oddech, oddychamy zaś szybciej, gdyż biegniemy.
Moj bieg do „Przeglądu” ma w sobie element paradoksalny. Im dłużej się żyje, tym bardziej widać, że życie to splot paradoksów. Pośrednikiem mej tu obecności jest bliski mi Wiesław Uchański, szef wydawnictwa Iskry.
Nocą, gdy wprowadzono stan wojenny, dyżurował w Domu Partii; rozdawano pistolety, on nie przyjął. Brano pod uwagę możliwość ewakuacji helikopterami z dachu budynku. A ja wymknąłem się nocnej obławie i małym fiatem ślizgałem się po mroźnej Warszawie, próbując wywołać powstanie, które zmusiłoby Uchańskiego do ewakuowania się helikopterem. Nie udało się. Też dlatego po latach mogę pić z nim herbatę w jego gabinecie pełnym książek i obrazów i plotkować, spoglądając na pobliski Dom Partii, który zdążył już być nawet giełdą. Tak się porobiło.
Zanim przejdę do rzeczy, mam garść przykazań dla felietonisty, wymienię kilka. Po pierwsze: nie nudzić. Po drugie: nie kłamać, tylko czasami podkręcać. Po trzecie: być odważnym, ale nie bezczelnym. I pisać o tym, co ważne.
Każdego dnia wydaje się, że coś jest szczególnie ważne. W sferze publicznej ważność tworzą media. Dzień następny zwykle ważność unieważnia, ujawniając coś innego okrutnie ważnego.
Jest raport „Diagnoza Społeczna 2013”. Nie utraci szybko ważności, jest powszechnie omawiana, więc o niej krótko, potem spojrzę na Polskę jakby z innej strony. Obraz, jaki wyłania się z „Diagnozy”, jest zgodny z tym, co widzę i czuję.
Polska rozwinęła się dynamicznie, ale nierównomiernie, jest wyspowa i w kratkę. W sferze mentalnej, jak ktoś celnie napisał, jest słodko-gorzko. Kontrasty bywają wszędzie, lecz jak na Europę u nas są mocne. Przed laty pisałem w „Kulturze”, że Polska jest depresyjno-maniakalna, z przewagą depresji. Teraz mniej depresji, więcej pozytywnego myślenia.
Podróżujących po Polsce od XIX w. zdumiewało, jak ponure są oblicza ludzi, nie ma uśmiechów. Uśmiechów jest więcej, ale narzekanie i czarnowidztwo nadal trzymają się mocno. To ostatnie uprawiałem przez lata w „Kulturze”, za co serdecznie krytykował mnie Miłosz, który pokochał amerykański optymizm. Szymborska przekonywała mnie: „Pewnie masz rację, ale to się psychicznie nie opłaca”.
A teraz znowu trochę się martwię. Jest powszechne poczucie, które dzielę, że coś zaczęło nas hamować w drodze do przodu. Potrzebne są metody bardziej wyrafinowane, większa kreatywność, elastyczność, a przede wszystkim uproszczenie. Mimo poprawy nadal u nas prawie wszystko jest trudne i oporne. Na naszej drodze powstały garby z tkanki wad narodowych. Kłócimy się o wiele, ale co do polskich wad jesteśmy zgodni. Nie umiemy wyznaczać reguł gry. Brakuje elastyczności, już w szkołach podstawowych. Poczucie dobra wspólnego zdechło. Obywatelskość nie miała kiedy się narodzić. Panuje chorobliwa i tradycyjna kłótliwość, w „Pamiętnikach z Roku Pańskiego 1664” Jan Chryzostom Pasek napisał: „Uprzykrzyła się nam wojna z nieprzyjacielem, zachciało się nam spróbować samym z sobą…”. Ludzie biorą udział w tej wojnie domowej albo odwracają się od sfery publicznej, a demokracja bez uczestnictwa jest chora. Winni? My wszyscy. Kończą się usprawiedliwienia od historii, źle wybieramy polityków, rządzący są uwikłani i bez wizji, jaka jest główna partia opozycyjna, każdy widzi. Za długo walczyłem o optymizm, aby teraz go tracić. Dlatego go nie tracę mimo wszystko. Rok temu nie dodałbym słów: mimo wszystko. Pocieszam się, że tak naprawdę zawsze wszystko jest mimo wszystko.

Wydanie: 42/2013

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy