Co się dzieje w służbach?

Co się dzieje w służbach?

Dymisję gen. Bondaryka tłumaczono tym, że był przeciwny reformie służb, którą planował minister Cichocki. Dziś w ABW nie ma już Bondaryka (nawiasem mówiąc, do dziś ta najważniejsza służba specjalna nie ma szefa), minister Cichocki służbami się już nie zajmuje, przeszedł bowiem do Kancelarii Premiera, nie ma też reformy, której Bondaryk rzekomo był przeciwny. Powiem więcej, nie ma nawet pomysłu na reformę, nie mówiąc już o jakimś projekcie ustawy. Są za to od czasu do czasu wypowiedzi różnych polityków na temat służb i pomysłów ich reformowania. Uważna analiza tych wypowiedzi prowadzi nieodparcie do kilku wniosków. Przede wszystkim widać, że temat służb specjalnych jest dla polityków wszystkich opcji niezwykle podniecający. Widać też, że na ogół nie mają oni o służbach zielonego pojęcia, co nie przeszkadza im pleść z bardzo zatroskaną miną przeróżne głupstwa do kamery.
Od pewnego czasu niektórzy politycy w dobrej wierze lansują pomysł, by zgodę na podsłuchy wydawało grono złożone z sędziów w stanie spoczynku, ono też powinno kontrolować ich wykorzystanie. Pomysłodawcy nie wiedzą prawdopodobnie, że obecnie prawo nakłada taki obowiązek na sądy i nie trzeba nim obarczać sędziowskich emerytów.
Dla posłów opozycji wypowiedzi na temat służb stanowią jeszcze dodatkową okazję zademonstrowania, że rząd nie radzi sobie na tym odcinku (SLD, Ruch Palikota) – lub przeciwnie, że radzi sobie zbyt dobrze, robiąc z Polski państwo policyjne (takie wnioski wyciągają na ogół politycy PiS i „z Ziobrą Solidarnej Polski”). Do tego dochodzą jeszcze dziennikarze – jedni zatroskani są stanem ochrony praw człowieka w Polsce, drudzy, niestety znacznie liczniejsi, albo szukają taniej sensacji, albo po prostu wysługują się politykom i powtarzają za nimi opinie.
Być może nowy minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz, któremu premier powierzył przy okazji koordynowanie służb specjalnych, ma jakieś pomysły, ale na razie ich nie ujawnia.
Służb policyjnych i specjalnych, mających prawo podsłuchiwania, podglądania obywateli i czytania ich korespondencji, jest w Polsce aż dziewięć. Są one nadzorowane przez premiera oraz aż trzech różnych ministrów, co utrudnia koordynowanie działania służb, jeśli go wręcz nie uniemożliwia. Ich ustawowe kompetencje nie są precyzyjnie rozdzielone, w związku z czym podatnik płaci po dwa-trzy razy za to samo, a służby sobie przeszkadzają.
Zakres uprawnień do działań operacyjno-rozpoznawczych, czyli tych niejawnych, które mogą najgłębiej penetrować życie prywatne obywateli, wszystkie służby mają w zasadzie identyczny, mimo że zadania mają zupełnie różne. Inne uprawnienia są potrzebne do inwigilowania szpiega udającego dyplomatę i korzystającego z pomocy i ochrony całego profesjonalnego zaplecza, inne zaś do inwigilowania sołtysa podejrzanego o branie drobnych łapówek.
Na poziomie ustrojowym należałoby rozważyć, czy wszystkie służby są niezbędne jako samodzielne organy. Czy np. CBA nie należałoby włączyć do policji i połączyć z pionem do zwalczania korupcji (jest taki w policji) albo z CBŚ.
Wszystkie służby powinny być poddane nadzorowi konstytucyjnych ministrów, tak by skończyć z nominalnym tylko nadzorem bezpośrednim premiera nad niektórymi: ABW, Agencją Wywiadu, CBA.
Należy bezwzględnie rozdzielić kompetencje służb, aby nie tylko sobie nie przeszkadzały, lecz także by były odpowiedzialne za zwalczanie konkretnych patologii. Dziś korupcję ścigają policja, CBA i ABW. Kto jest odpowiedzialny za poziom korupcji w Polsce i za małą skuteczność jej zwalczania?
Uprawnienia publiczno-prawne poszczególnych służb muszą być adekwatne do ich zadań. Nie ulega wątpliwości, że uprawnienia w zakresie działań operacyjno-rozpoznawczych ABW, która ma zapobiegać najpoważniejszym zagrożeniom bezpieczeństwa kraju i je zwalczać, powinny być znacznie większe niż tych służb, które zwalczają jedynie przestępczość pospolitą. To te służby mają za „przeciwnika” polskiego obywatela, one właśnie, i to na skalę masową, działają w sferze gwarantowanych praw i wolności obywatelskich. Zaryzykowałbym twierdzenie, że ABW czy Służbie Kontrwywiadu Wojskowego uprawnienia do działań operacyjno-rozpoznawczych należy zwiększyć, innym spokojnie można je ograniczyć albo przynajmniej poddać ściślejszej kontroli zewnętrznej, w tym sądowej.
Śledzenie np. dyplomaty szpiega nie powinno wymagać żadnej zewnętrznej zgody sądu czy jakiegokolwiek innego organu władzy, podczas gdy do monitorowania na podstawie logowań na stacjach przekaźnikowych telefonii komórkowej marszrut zwykłych Kowalskich, dziś niewymagającego niczyjej zgody, placet sądu powinien jednak być potrzebny.
W dokonywanym stale wyborze: ile wolności, a ile bezpieczeństwa, bo te wartości z natury są sprzeczne, trzeba także mieć na uwadze, czego bezpieczeństwo chcemy zapewnić i jakim zakresem czyjej wolności jesteśmy gotowi za to zapłacić. Czy chroniąc bezpieczeństwo państwa i jego obywateli, poświęcimy tyle samo wolności, ile wtedy, gdy chcemy wykryć drobne przestępstwo pospolite? Czy tak samo ma być chroniona „prywatność” pracowników rezydentury obcego wywiadu i prywatność naszych obywateli? Inna sprawa, jak się zabezpieczyć, by pod pozorem śledzenia obcej rezydentury nie inwigilowano konkurencji politycznej.
Nie tego jednak dotyczy dyskusja. Dyskusja polityczna na temat służb prowadzona jest na poziomie tabloidów. Chodzi wyłącznie o sensacje i personalia. Jeśli z takiej dyskusji ma się wyłonić nowy kształt służb specjalnych, to może rzeczywiście lepiej nic nie robić?

Wydanie: 10/2013

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy