O ludziach dobrych…

Sporo czasu spędzam ostatnio w szpitalach, wśród chorych ludzi, cokolwiek starszawych – takich jak ja. Co wydaje mi się charakterystyczne? Tutaj słychać najmniej narzekania na służbę zdrowia. Panuje raczej i częściej podziw dla umiejętności zawodowych tych, co nas leczą. Na dodatek do mego zdziwienia leżę teraz w Klinice Urologicznej Akademii Medycznej w Łodzi, mieszczącej się na terenie szpitala im. Kopernika. Skromnie tu, nawet może biednie. Stare wszystko, podniszczone – ale atmosfera wspaniała. Nie wiem, czy tak jest wszędzie, ale tu, pod opieką prof. Jeromina, chorzy napotykają dość rzadkie w Polsce zjawisko. Wszyscy są dla nas, chorych, niezwykle grzeczni. Panują uprzejmość i życzliwość. Ubóstwo środków mogłoby prowokować agresję czy zwykłą niegrzeczność.
Gorzej jest z zamożnością. Przez Polskę toczy się jak lawina ogromna fala oskarżeń służby zdrowia, jakby skąpość środków była przez nią zawiniona. Prawda jest, w moim przekonaniu, inna. Nie jestem całkowitym laikiem w tej dziedzinie. W bardzo trudnych latach PRL, czyli 1950-1955, pracowałem w Wojewódzkiej Komisji Planowania Gospodarczego, właśnie w tym dziale, który zawiadywał finansowaniem służby zdrowia na ogromnym wówczas obszarze województwa dolnośląskiego. Co wynika z tych moich pradawnych doświadczeń? Warto przypomnieć, że działo się to, co mogłem obserwować i co ważniejsze, ponosić odpowiedzialność za los placówek leczniczych i za los samych chorych – w bardzo trudnych latach odbudowy kraju, zaś wojna zostawiła nam w spadku tłumy ludzi chorych lub wymagających długiej opieki ze strony służby zdrowia.
Mimo tych, wydawałoby się, złych warunków dla służby zdrowia nigdy nasze placówki lecznicze nie popadały w stan takiej katastrofy finansowej, jak to się dzieje teraz. Dlaczego? Zwyczajnie przestrzegaliśmy zasady, że to, co wytwarzają placówki lecznicze, ten ich towar – posłużmy się takim uproszczeniem – musi być „sprzedawany” naszym odbiorcom po cenie gwarantującej co najmniej zwrot kosztów wyprodukowania. Różnie z tym bywało w poszczególnych zakładach leczniczych, ale takiej ogólnej katastrofy, z jaką mamy do czynienia teraz, nie było nigdy. Nie można także powiedzieć o wielkim rozwoju tej dziedziny życia, ale nie zapominajmy, że były to lata leczenia ran wojennych.
Co widzę teraz? Da się to opisać kilkoma słowami: służba zdrowia sprzedaje wyprodukowane przez siebie „towary”, czyli zdrowie pacjentów poniżej kosztów własnych. Należy w tym miejscu dodać do słów „służba zdrowia” jeszcze jedno, czyli „publiczna”, gdyż prywatna działalność lecznicza bywa rentowna jako zasada.
Co robić z obecną katastrofą finansową lecznictwa publicznego, która – co też warto stale przypominać – jest pomniejszona o rozpaczliwie niskie zarobki zatrudnionych w tej branży? Gdyby nie poważna zapaść ekonomiczna całego państwa i co za tym idzie kolosalne bezrobocie, nasza służba zdrowia do kłopotów finansowych musiałaby obowiązkowo doliczyć kłopoty kadrowe. Wróćmy jednak do pytania, co dalej. Sądzę, że konieczne jest kompetentne i dokładne obliczenie rzeczywistych potrzeb finansowych całego systemu lecznictwa publicznego i odważne postawienie tej sprawy w centrum problemów do rozwiązania. Te długo już trwające przepychanki kolejnych ekip rządowych i wymyślanie, a także tworzenie coraz to nowych struktur biurokratycznych, mających zapewniać obfite finansowanie publicznej służby zdrowia, nigdy niczego dobrego nie ziszczą, póki nie będzie obliczona i ujawniona rzeczywista wielkość potrzebnej sumy pieniędzy na publiczną służbę zdrowia. Szczególnym nieporozumieniem w tej dziedzinie jest uchwalanie ustaw, na wykonanie których nigdy – jak dotąd – nie było pieniędzy, a teraz nie mają ich szpitale na wyposażenie pielęgniarek w jednolite stroje służbowe. Nasze panie, opiekunki naszych ciężkich chwil, muszą same finansować to, co im się należy od pracodawcy.
Kiedy się pozna tę drugą stronę medalu – to dramatyczne dofinansowanie płac służby zdrowia – nietrudno zrozumieć, skąd w wielu zakładach spotyka się tak dużo agresji, nieuprzejmości i czego tam jeszcze przykrego ze strony personelu szpitalnego. To dla ludzi długo chorujących jest bardzo dokuczliwe.
Tymczasem tu, w Łodzi, u prof. Jeromina, a zapewne także w innych klinikach na terenie Kopernika, dzieje się tak, jakby wszyscy byli znakomicie opłacani, starannie ubierani i dysponujący dla chorych znakomitymi pokojami, ładnie odmalowanymi, wypełnionymi wygodnymi meblami i odpowiednią aparaturą medyczną. Ale im mniej jest tego, co mogłoby, a nawet powinno być, tym większy jest mój podziw dla tych wspaniałych lekarzy i pielęgniarek, potrafiących stworzyć chorym znakomite warunki psychiczne, jakby w zmian materialnych.
Mimo tych dostrzeganych zalet ludzi tu pracujących, a także w wielu innych miejscach oraz instytucjach, trudno mi zrozumieć, dlaczego Polakom w milionach przypadków tak źle układają się stosunki międzyludzkie. Dlaczego w wielu kręgach, szczególnie w tych politycznych, jest tak ogromnie wiele nienawiści między ludźmi, wrogości, chęci poniżania i szkodzenia innym. Zdumiewa fakt, iż to samo społeczeństwo wydaje tak różne osobowości – i te warte podziwu i kochania oraz te zasługujące na bardzo surowe oceny, a nawet na słowa potępienia. Smutne, ale musimy z tym żyć i tym bardziej cenić takich ludzi jak ci z mojego obecnego miejsca pobytu, by w taki wojskowy sposób określić moje, być może ostatnie, przygody życiowe.

28 grudnia 2003 r.

 

Wydanie: 3/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy