Gdyby…

Kuchnia polska

Pod koniec ubiegłego roku liczne ankiety i sondaże pokazywały spadek notowań rządu i rządzącej koalicji SLD-UP-PSL. Jest to zjawisko normalne. Każdy rząd, który bierze na siebie odpowiedzialność za kraj, staje się z miejsca odpowiedzialny za wszystko, co w tym kraju nie działa lub działa źle. A w Polsce obecnej mało co działa dobrze, czego autorami są poprzedni rządzący.
Tak więc w publikowanych wynikach sondaży zaniepokoiło mnie naprawdę tylko to, że – jak z nich wynika – poparcie dla rządu SLD-UP-PSL topnieje szybciej wśród elektoratu lewicowego niż wśród innych grup obywateli. Zaniepokoiło mnie to dlatego, że to właśnie ja jestem tym twardym i upartym lewicowym elektoratem, który nawet w pierwszych wyborach prezydenckich głosował na Cimoszewicza.
Zacząłem się więc na serio zastanawiać, w jakich to właściwie warunkach i dlaczego mogłoby spaść również i moje osobiste poparcie dla rządu SLD-UP-PSL?
A oto wyniki tych rozmyślań.
Po pierwsze więc mogłoby ono spaść wówczas, gdyby ten rząd, przejmując na siebie całą katastrofę finansów publicznych, to znaczy gospodarki, starał się z niej wychodzić wyłącznie środkami podatkowymi, gniotąc coraz mocniej różne grupy obywateli, a także oszczędnościami dokonywanymi w sektorze budżetowym i w zakresie pomocy społecznej. A więc gdyby nie rozumiał, że jedynym wyjściem z obecnej sytuacji jest stawka na rozwój i zatrudnienie, na przykład przez rozwój budownictwa i kredyty budowlane. Leży u mnie na biurku duże opracowanie, pokazujące dowodnie, że właśnie rozwój budownictwa, wraz z ożywieniem rynku mieszkaniowego przez tani kredyt, może w bardzo krótkim czasie dać pracę bardzo wielu ludziom i zakładom, zmniejszyć bezrobocie i związane z nim koszty, a także – co jest prawdą od dawna znaną – właśnie budownictwo jest w stanie pociągnąć za sobą inne działy gospodarki. Opracowanie to, o ile mi wiadomo, wykonane zostało jeszcze przed wyborami w porozumieniu z SLD, a więc rząd na pewno o nim wie. Gdyby nie wiedział i zamiast o rozwoju mówił tylko o podatkach i oszczędnościach – wówczas, przyznaję, moje poparcie mogłoby się zachwiać. Ale przecież nie ma powodu.
Mogłoby się ono zachwiać także wtedy, jeśli by rząd nie wiedział, co właściwie ma robić, jego ministrowie co chwila zmieniali decyzje, a to dotyczące podatków, a to oświaty i jej reformy, a to zdrowia, a to integracji europejskiej, a to jakichś innych dziedzin, a jedynym konsekwentnym ministrem był minister kultury, który kultury po prostu nie lubi i daje to poznać. Mogłoby to oznaczać, że rząd ten pozostając przez cztery lata w opozycji, nie wykorzystał tego okresu na przygotowanie własnego planu i nie skorzystał ze swego zaplecza intelektualnego i naukowego. Że wiedział, jak wygrać wybory, ale nie zastanowił się zawczasu, co zrobić z władzą. Ale przecież wie to świetnie.
Niepokoiłoby mnie również, gdyby socjaldemokratyczny, bądź co bądź, rząd nie zadawał sobie pytania, czy nie należy podjąć głębszego namysłu, jak w ogóle może wyglądać gospodarka, a także i życie społeczne w erze postindustrialnej w XXI wieku. Nie mówię tu, aby od razu zastanawiał się nad tym, co proponuje Jeremy Rifkin, jest to może za trudne, chociaż Rifkina posłuchali Francuzi i rząd Jospina, osiągając lepsze rezultaty niż Schröder i Blair ze swoją neoliberalną nową drogą. Ale przecież nawet Ryszard Bugaj, który z pewnością nie jest bohaterem mojego romansu, pisze w „Newsweeku”, że pora by już powrócić na serio do propozycji Keynesa, które zapewniły Europie parę dekad budzącego podziw – i rozmontowywanego obecnie przez liberałów – dobrobytu i rozwoju społecznego. Niepokoiłoby mnie więc, gdyby rząd socjaldemokratyczny zamierzał nadal i przez dłuższy czas korzystać z porad ekonomicznych uczestników tej samej – jak to ktoś złośliwie określił – wycieczki zorganizowanej przez podstawową organizację partyjną przy SGPiS do Stanów Zjednoczonych, gdzie nauczyli się oni liberalizmu, po czym od 12 lat reformują Polskę. W Polsce istnieją silne ośrodki innej myśli ekonomicznej, zdobne znakomitymi nazwiskami uczonych i praktyków i niepokoiłoby mnie, gdyby rząd o tym nie wiedział i nie chciał sięgnąć na przykład do opracowań prof. Kabaja dotyczących bezrobocia czy przemyśleń prof. Kowalika dotyczących społecznej gospodarki rynkowej. Ale przecież na pewno rząd wie o tym świetnie i na pewno sięga.
Mógłbym być także tym lewicowym elektoratem socjaldemokratyczno-ludowego rządu, który przeżywa obecnie kociokwik, gdyby rację miał nieznany mi bliżej pan Bruno Drwęcki, który w artykule zamieszczonym na teologiczno-religijnych stronnicach „Gazety Wyborczej” („Arka Noego”, 15-16.12.01) pisze, że SLD, podobnie zresztą jak socjaldemokracje Blaira i Schrödera, przestał być rzecznikiem ludzi skrzywdzonych przez system. SLD zebrał jeszcze część głosów tych wyborców w ostatnich wyborach, ale część tych ludzi poszła już do Samoobrony, a część do Ligi Rodzin Polskich. A więc według p. Drwęckiego, który nadesłał swój artykuł z Paryża, gra obecnie toczy się o to, czy ludzi tych zagarnie populizm o korzeniach marksistowskich, a więc Samoobrona, czy populizm nacjonalistyczny, czyli Liga. „Liberałowie i socjalliberałowie – pisze p. Drwęcki – z założenia elitarni, nie są w stanie przyciągnąć elektoratu populistów. W ich szeregach odnajdujemy bowiem beneficjantów kapitalizmu, którzy zgodnie z zasadami demokracji też mają prawo do posiadania swoich reprezentantów”. Ale przecież autor pisze z Paryża, więc co może o tym wiedzieć?
Niepokoiłbym się również, gdyby rację miał prof. Andrzej Kajetan Wróblewski, który w artykule „Dlaczego Polska nie dogania Finlandii?”(Newsweek, 23.12.01) odpowiada, że dlatego, ponieważ Finowie w latach swego najcięższego kryzysu co roku o 30% powiększali budżet nauki i kultury, co dzisiaj dało im Nokię i jedno z najbogatszych społeczeństw demokratycznych. Ale nie chce mi się w to wierzyć.
A więc gdyby wszystko działo się u nas tak, jak tu opisałem, faktycznie miałbym może powód czuć się rozczarowanym elektoratem lewicy. Ale przecież nie mam takiego powodu.

 

Wydanie: 1/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy