Moje przygody z generałem

Moje przygody z generałem

Męczą mnie wyrzuty sumienia za poprzedni felieton w PRZEGLĄDZIE. Że za surowo pisałem o Wałęsie, że niesprawiedliwie i w końcu, że może nie za mądrze. Byłem szczery w swojej do niego niechęci, ale w szczerości najłatwiej być nietaktownym. Też wobec historii. Trochę się tłumaczę chorobą, okrutną depresją, która mnie dopadła i trzyma w szponach. Mam więc depresje dwie. Jedna jest polityczna – na tę choruje teraz połowa Polski. Druga, klasyczna, już na szczęście nie jest tak powszechna, ale też coraz częściej się przydarza ludziom. W głowie mam wielki smętek. Trudno mi myśleć i pisać. A też nie ruszam się z domu. Będąc ledwie żywy, nie poszedłem na sobotni marsz KOD. Nawet mój dorosły syn udał się na ten pochód, chociaż ostatnio odsunął się od polityki. Poszli też liczni sąsiedzi, którzy słali mi zdjęcia na komórkę. Widać, że ludzie coraz powszechniej biorą na takie imprezy dzieci, więc jest poczucie bezpieczeństwa. Jeszcze jest.

Obejrzałem dwie relacje z marszu: w „Faktach” i w „Wiadomościach”. I ujrzałem, że „Wiadomości” są już całkiem jak „Dziennik Telewizyjny” z czasów PRL. Oczywiście w epoce łatwości dostępu do informacji musieli odnotować, że manifestacja się odbyła. Ale poza tym mistrzostwo manipulacji. Pokazywali tylko tych, którzy bronili Wałęsy, pomijając tych, którzy bronili demokracji. I podano, że było 15 tys. ludzi. Tak twierdzi policja. Specjaliści z urzędu miasta upierają się, że 80 tys. To już rzeczywiście zaczynamy żyć w innych wymiarach.

Gen. Kiszczak był osobliwą postacią jak na szefa MSW w czasach stanu wojennego i w późniejszych latach, w końcu dramatycznie trudnych dla tej służby. Świadczą o tym nie tylko pamiątki, jakie po sobie zostawił. Nie mogę dobrze oceniać go moralnie, podobnie jak gen. Jaruzelskiego, po prostu porządni ludzie nie znajdują się przy władzy w takim miejscu i czasie. Ale mieliśmy chyba szczęście, że to byli właśnie oni. Kiedyś tak nie sądziłem. Teraz tak mi się wydaje. Obaj mieli w sobie sporo ludzkich odruchów, snobizmów, więc też słabości. I stan wojenny pochłonął jednak niezwykle mało ofiar jak na skalę tego przedsięwzięcia i masowość oporu społecznego.

Mam dwie przygody z gen. Kiszczakiem. Jedną zafundowała mi moja szalona mama. Drugą Adam Michnik. Mama cierpiała na chorobę dwubiegunową, to naprzemienne stany depresji i manii. Mania była niezbędna w tym, co się stało.

Jest środek lat 80., jestem mocno zaangażowany w podziemne działania, wydajemy nielegalnie literackie pismo „Wezwanie”. Niespodziewanie dostaję stypendium Fundacji Kościuszkowskiej na wyjazd do Stanów. Zmartwiłem się, byłem już śmiertelnie zmęczony tą szarpaniną od 1977 r., ale ja przecież nigdy w życiu nie dostanę paszportu, nie ma mowy. Złożyłem jednak podanie. W prawdziwe przerażenie wpadłem, kiedy paszport dostałem. Wcześniej na przesłuchaniach wielokrotnie namawiano mnie, abym z Polski wyjechał na stałe. Ani mi to było w głowie. Taki zwykły paszport to jednak co innego. Już mnie znali, wiedzieli, że mam tu co robić i że wrócę. Byłem więc pewien, że ten paszport dostałem przez niedopatrzenie. I miałem rację. Po kilku dniach wezwano mnie do urzędu i paszport zabrano. Spodziewałem się tego, ale zabolało. Pamiętam, że nazajutrz miałem wspólny wieczór autorski z ks. Janem Twardowskim w podziemiach kościoła św. Krzyża. Ksiądz czytał wiersze religijne, ja polityczne.

Kilka dni potem do akcji wkroczyła moja mama. Nic mi o tym nie mówiąc, zadzwoniła do MSW i umówiła się z Kiszczakiem, który ją bez problemu przyjął. Myślałem, że dostanę zawału, jak się o tym dowiedziałem. Mama wróciła od generała pełna jak najlepszych wrażeń. Wiedział o ojcu matki, oficerze Wojska Polskiego, legioniście z Virtuti za wojnę 1920 r., który zginął w obronie Warszawy w roku 1939. Poruszył go też podobno mój wiersz o AK drukowany w podziemiu. Mój ojciec, znany pisarz, już nie żył, generał twierdził, że tylko z jego powodu nie zrobiono mi procesu, kiedy złapano mnie po roku ukrywania się w stanie wojennym. I obiecał, że paszport oddadzą. Wysłuchawszy tej opowieści mamy, złapałem się za głowę: „Jak ty mogłaś coś takiego zrobić?”. Co za okropna sytuacja. Pocieszyłem się myślą, że tego paszportu mi nie zwrócą i że będę miał moralnie czystą sytuację. Ale oddali. I wyjechałem. Nie zaprzestając swojej działalności „na szkodę Polski Ludowej”. Jak to się ma do doświadczeń Lecha Wałęsy w grudniu roku 1970 i w latach późniejszych? Jak bardzo był bezbronny i samotny.

A w czasie wielkiego przełomu w roku 1989, w zupełnie nowej „Gazecie Wyborczej” napisałem felieton, że dla mnie ta „wojna” się nie skończyła, bo moja maszyna do pisania jest nadal więźniem politycznym. Zadzwonił do mnie nagle Adam Michnik, że generał chce mi oddać jeńca. I rzeczywiście maszyna stała na biurku obok nielegalnych wydawnictw, też zabranych mi w czasie rewizji. Gabinet ministra był niezwykle obszerny. O czym wtedy rozmawialiśmy, nie pamiętam, więc pewnie o niczym.

Wydanie: 10/2016

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy