Pociemniała wolność słowa

Pociemniała wolność słowa

To już więcej niż rok, gdy żegnaliśmy się z Michałem Kobosko, redaktorem naczelnym „Wprost”. Nie mógł zaakceptować kierunku, w którym właściciel zaczął popychać pismo. Rynek stawał się drapieżny. Coraz mniej było miejsca dla ludzi z etyką.
Nie ma też wątpliwości, że w mediach kiepska moneta od dawna wypiera lepszą, chociaż i ta lepsza nie była już dobra. Grasowały kiedyś galopujące suchoty, teraz doświadczamy galopującego idiocenia mediów, więc także odbiorców. I te spektakle nienawiści, nie tylko ze strony polityków. Pisma to na ogół fabryczki produkujące teksty. Autorzy dostarczają produktów do punktu skupu. Już nie autorzy, ale spauperyzowani producenci słów.
Pamiętam, że wtedy nowy szef „Wprost” Sylwester Latkowski zadzwonił do mnie, deklarując dalszą współpracę. Teraz wiem, że rozmowę zapewne nagrał. Wszystko nagrywał, bo może się przydać. Wkrótce i tak z Marcinem Królem opuściliśmy to pismo (zapewne w ostatniej chwili, i tak by nas wyrzucono) na znak protestu przeciwko opublikowaniu prywatnej rozmowy naczelnego z Wojciechem Fibakiem. Takie były złego początki.
Czy wszystko jednak nie zaczęło się od nagrania, którego potajemnie dokonał Adam Michnik w redakcji „Gazety Wyborczej”? Mam nadzieję, że zrobił to w dobrej wierze, ale było to otwarcie puszki Pandory. Przykład został dany na naszym gruncie, a ten grunt okazał się żyzny. Mój znajomy seksuolog i biegły sądowy opowiada, że w aktach sądowych od tego czasu zamrowiło się od podsłuchów. Żony, mężowie, życzliwi nagrywają się nawzajem, a przede wszystkim rejestrują sytuacje intymne. Używanie kamer i dyktafonów jest doskonałym narzędziem manipulacji między partnerami. A też narzędziem walki, jak widać, również politycznej. Może więc wszystko zaczęło się od spodu. „Nasz naród jak lawa”, pisał Mickiewicz, pocieszając się, że tylko z zewnątrz plugawa, a w środku gorąca i czysta. No to żeśmy zstąpili do głębi, też dzięki podsłuchom i wpisom internetowym.
Wchodzę w internet. Szykuje się konflikt na Bliskim Wschodzie, więc wpis: „Polska powinna sfinansować Żydom co najwyżej wizyty w krematorium, a nie płacić im odszkodowania!!! Ja swojemu żydkowi, którego powiesiłem naprzeciwko drzwi »na szczęście«, w najbliższym czasie sfinansuję wycieczkę do ogniska:-)”.
Rzeczywiście śmieszne. To akurat sobie wisi na Wirtualnej Polsce, a obok podobnych wypowiedzi bez liku. Tu także więc otwarto szeroko bramy dla wolności słowa. Marcin Gortat, słynny w świecie polski koszykarz, mówi: „Duża część naszego narodu to hejterzy, zazdrośnicy, anonimowo wypowiadający się internetowi debile. W Ameryce nie ma aż takiego hejtu”. Podobnie mówił niedawno nasz tenisista Jerzy Janowicz.
Co do podsłuchów, ja też mam dosyć tego tematu, ale przy okazji dotykamy ważnych zagadnień cywilizacyjnych i psychologicznych. Tam, gdzie emocje, trudno o obiektywne widzenie. Spróbuję.
Nasz podział w sprawie taśm jest również partyjny, ta partyjność związana bywa z chemią mózgu, ale i z banalnym mechanizmem utożsamiania się. Proszę teraz liberałów i lewicowców o chwilę współodczuwania. Wyobraźmy sobie taką sytuację: od wielu lat rządzi nami PiS, bezczelnie wygrywając kolejne wybory. Kwitnie IV Rzeczpospolita. Mijają lata i nie daje się tego ruszyć. A tu nagle jak grom z jasnego nieba – podsłuchy. Podsłuchano Krystynę Pawłowicz, wieloletnią minister kultury, i Antoniego Macierewicza, ministra spraw wewnętrznych. Strach powtórzyć, co robili i co mówili w czasie intymnej kolacji. Rozmowy opublikował „Newsweek”. Zupełna kompromitacja.
Czy krzyczelibyśmy wtedy, że ujawnienie podsłuchów destabilizuje państwo i nie może być fundamentem budowy nowej sceny politycznej? Przecież już wszystko lepsze niż taka władza.
Nie protestowaliśmy, że są nagrania, gdy poseł Lipiński handlował z przekupką Beger, Hofman sięgał do rozporka, a podsłuchany agent Tomek klął brutalnie i szpetnie.
Jedno jest pewne, polityka w Polsce okazała się zajęciem wyjątkowo upokarzającym. Wszyscy zostali upokorzeni. A upokorzeni są zdolni do wszystkiego. Też do powiedzenia każdego głupstwa z mównicy sejmowej.
Dziedziniec dawnego Domu Partii, na ekranie wyświetlane są stare kroniki filmowe. Młodzi patrzą na dawną Polskę rozbawieni, jak na inną, czarno-białą planetę. Noc, idę na pobliski skwer Wolnego Słowa na Mysiej (stoi tam dawny gmach cenzury, ale przerobiony). I jest niedawno powstały Memoriał Wolnego Słowa. Tak został uhonorowany drugi obieg wydawniczy. Wstęga jak czarny chodnik, z prostego materiału, która nagle się wywija. Dlaczego taka czarna? Czy dlatego, że poczerniała nam wolność słowa? To też mój sukces i moja porażka, 12 lat mojego życia. Niczego jednak nie żałuję.
Wracając do domu, widzę autobusy śpiące bezpiecznie pod gołym niebem w zajezdni. Nie wiem, dlaczego tak porusza mnie ten widok.

Wydanie: 29/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy