Katastrofa po katastrofie

Katastrofa po katastrofie

W katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem oprócz prezydenta i jego małżonki zginęło dwóch wicemarszałków Sejmu, prawie całe dowództwo Wojska Polskiego, szefowie urzędów centralnych, ministrowie Kancelarii Prezydenta, wiceministrowie spraw zagranicznych i obrony narodowej, kilkunastu parlamentarzystów, przedstawiciele duchowieństwa, działacze organizacji rodzin katyńskich. Zginęła także załoga samolotu i oficerowie BOR. Łącznie 96 osób. Takich strat nie poniósł dotąd żaden naród w czasie pokoju.
Nie czas roztrząsać teraz, kto tu zawinił i w jakim stopniu. Ale te pytania powrócą. Prowadzone jest śledztwo. Być może będzie ono musiało odpowiedzieć także na te pytania. Czy na pilota ktoś naciskał, aby podjął próbę lądowania, mimo że wieża kontrolna stanowczo to odradzała, proponując lotnisko zastępcze w odległym o 28 minut lotu Mińsku? Czy pilot sam popisał się brawurą? A może pamiętał, że jego koledze z rządowego pułku, który przed dwoma laty odmówił lądowania w Tbilisi i wylądował na erewańskim lotnisku, zarzucono tchórzostwo i zlekceważenie „rozkazu zwierzchnika sił zbrojnych”, który żądał lądowania w Tbilisi? Może nie chciał, by pod jego adresem ktoś formułował podobne zarzuty? Wszak miał na pokładzie dowódcę lotnictwa, szefa Sztabu Generalnego i na dodatek prezydenta, zwierzchnika sił zbrojnych, którzy nie chcieli spóźnić się na uroczystości w Katyniu. Chcąc nie chcąc, trzeba będzie sobie na te pytania odpowiedzieć. Ale co najważniejsze, trzeba będzie sprawdzić i przeanalizować obowiązujące procedury, a szczególnie trzeba przyjąć do wiadomości, że procedury te obowiązują bezwzględnie wszystkich, niezależnie od pozycji w państwie czy stopnia w siłach zbrojnych. I trzeba rozważyć, czy to rzeczywiście powinno być dopuszczalne, aby na pokładzie jednego samolotu gromadzić prawie całe kierownictwo państwa i całe najwyższe dowództwo wojska. Niech przynajmniej „Polak będzie mądry po szkodzie”, jeśli przed szkodą nie potrafił.
Teoretycznie mogłoby się wydawać, że na czas żałoby polityka zamarła. Ona jednak toczy się podziemnym nurtem i można się spodziewać, że eksploduje z podwójną energią, gdy tylko skończą się pogrzeby ofiar. Smoleńska tragedia uruchomiła równocześnie bieg rozmaitych terminów konstytucyjnych, w szczególności zobowiązała marszałka Sejmu do rozpisania terminu wyborów prezydenckich. Odbędą się one zatem nie na początku jesieni, ale w czerwcu. Do tego nie były przygotowane partie polityczne. Komitety wyborcze będą musiały zebrać po 100 tys. podpisów, aby zarejestrować kandydata. Kto nie ma silnych i rozbudowanych struktur terenowych, ten nie ma szans na zebranie takiej liczby podpisów w tak krótkim czasie. Dwóch kandydatów na najbliższe wybory zginęło w katastrofie pod Smoleńskiem. Kilku następnych – Marek Jurek, Tomasz Nałęcz i Ludwik Dorn – jeśli się sami wcześniej nie wycofają, i tak nie zdołają zebrać 100 tys. podpisów. Wybory rozegrają się w gronie trzech, maksimum czterech kandydatów.
Będą to na pewno Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński. Wprawdzie ten ostatni nie zadeklarował jeszcze gotowości do ubiegania się w wyborach o urząd prezydenta, ale jestem pewien, że uczyni to niezawodnie. Kto jeszcze: Andrzej Olechowski – kandydat pozapartyjny, na razie tylko z poparciem próbującego wracać do gry Stronnictwa Demokratycznego. Czy jeszcze poprze go jakaś siła polityczna? Kandydat SLD w miejsce tragicznie zmarłego Jerzego Szmajdzińskiego? Kto by to mógł być i czy w tak krótkim czasie partia, skądinąd dobrze zorganizowana i sprawnie zarządzana, takiego kandydata zdąży wylansować?
Niektórzy działacze Platformy zaraz po katastrofie twierdzili, że PiS już nie ma. Zdawało im się, że teraz Platforma rządzić już będzie niepodzielnie. Sądzili, że PiS jest w szoku, bez prominentnych działaczy i bez swojego prezydenta. Byli pewni, że Bronisław Komorowski wygraną w wyborach prezydenckich ma w kieszeni, a oni, sejmowa większość, wreszcie obsadzą swymi ludźmi urzędy centralne, których szefowie zginęli w katastrofie.
Obawiam się, że Platforma nie zorientowała się, że mimo wszystkich niewątpliwych strat PiS jest silniejsze niż kiedykolwiek. Co więcej, szansa Jarosława Kaczyńskiego na zwycięstwo w wyborach prezydenckich jest znacznie większa niż szansa, jaką śp. Lech Kaczyński miał na reelekcję. Żałoba narodowa, współczucie dla ofiar tragedii, powtarzany codziennie po wielokroć i transmitowany bez przerwy przez wszystkie możliwe telewizje ceremoniał religijny i wojskowy pobudza i wzmacnia postawy powierzchownego, symbolicznego i emocjonalnego patriotyzmu, do którego PiS się zawsze odwoływało i na którym budowało. Do tego dochodzi jeszcze ludzkie, normalne współczucie dla rodziny tragicznie zmarłego prezydenta. Jeśli tylko Jarosław Kaczyński w tych warunkach zechce kandydować, ma szanse te wybory wygrać, w dodatku w pierwszej turze! Całej krótkiej kampanii towarzyszyć będzie patriotyczno-żałobne tło i emocje, które PiS będzie bez żadnego specjalnego wysiłku dyskontowało. Jarosław Kaczyński będzie miał za sobą nie tylko nastroje społeczne, ale dodatkowo swoisty immunitet. Jego przeciwnikom, z uwagi na pamięć jego brata, nie będzie wypadało go atakować. Nie będzie wypadało przypominać lata obłędu IV RP, a przecież to strach przed PiS i realizacją jego groźnej wizji politycznej napędzał elektorat Platformie. Zemści się niedogadanie się Platformy z SLD w sprawie mediów publicznych. Dziś media podporządkowane PiS będą wszelkimi sposobami wspierać kampanię Jarosława Kaczyńskiego, chociażby nie bezpośrednio, ale umiejętnie manipulując nastrojami społecznymi, wpadając – to teraz będzie wyglądało na naturalne – w tony melancholijno-narodowo-patriotyczne, obiektywnie sprzyjające PiS. Pretorianie Kaczyńskiego za pośrednictwem tychże mediów będą atakować jego konkurentów. Sam Jarosław Kaczyński nie tylko nie będzie musiał nikogo atakować osobiście. On w ogóle nic nie będzie musiał robić. Wystarczy, że dostatecznie często będzie ukazywał w mediach swą cierpiącą twarz na tle symboli narodowych i religijnych, co w aktualnej sytuacji nie będzie zresztą niczym nienaturalnym. Przeciwnie, będzie zupełnie naturalne.
Do tego dochodzi poparcie Kościoła. Kard. Dziwisz swą decyzją o pochowaniu Lecha Kaczyńskiego na Wawelu pokazał Platformie, że nie ma w Polsce Kościoła łagiewnickiego i toruńskiego. Jest jeden. Niestety toruński.
Jedyna nadzieja w tym, że może zostanie przekroczona granica wytrzymałości społecznej na patos, epatowanie tragedią i symbolami. Może tym przekroczeniem granicy była decyzja o pochowaniu Lecha Kaczyńskiego z małżonką na Wawelu? Najbliższe tygodnie przyniosą odpowiedź na to pytanie. Sam jestem ciekaw wyniku sondażu opinii publicznej za dwa tygodnie. Szczerze mówiąc, wcale bym się nie zdziwił, gdyby w nim PiS zrównało się z Platformą.

Wydanie: 16/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy