Kochajmy Prezesa!

Kochajmy Prezesa!

Burzliwy temperament oraz różnorakie powikłania społeczno-polityczne sprawiły, że uczęszczałem do czterech szkół podstawowych i dwóch liceów. Musiałem więc mieć sześciu (w rzeczywistości miałem siedmiu) nauczycieli historii, że o tym tylko, tak ważnym dla „wychowania patriotycznego”, przedmiocie wspomnę. Były to czasy PRL, więc dzieje narodowe przedstawiano dzieciom i młodzieży w sposób tendencyjny, a niekiedy zgoła je fałszowowano. Nie zmieniało to, bo i nie mogło zmieniać faktu, że poglądy poszczególnych belfrów choćby niuansami, ale się różniły. Przedstawiono mi więc całkiem szeroką panoramę interpretacji wielu wydarzeń i odległe od siebie obrazy wielkich przodków.

Na przykład Józef Piłsudski. Pani od historii (była również dyrektorką podstawówki nr 233 w Warszawie – nazwiska niestety nie pamiętam) zadała nam pytanie, co wiemy o marszałku. Ja z domu wiedziałem o „cudzie nad Wisłą” i legionach; Marysia Szewc dorzuciła, że „jechał czerwonym tramwajem i wysiadł z niego na przystanku Niepodległość”. Robert Lewandowski słyszał, że był dobry dla żołnierzy, którzy nazywali do dziadkiem… Dyrektorka wysłuchała nas spokojnie, oświadczyła skądinąd słusznie, że nasza wiedza jest „niepełna i nieugruntowana”, po czym wstawiła piątki wszystkim, którzy zabrali głos w „dyskusji”. Pani Szałkowa w liceum nr 15 im. Narcyzy Żmichowskiej była wielbicielką tradycji legionowych, natomiast Ławnik z Szałkowa w tym samym liceum nr 15 im. Narcyzy Żmichowskiej był osobistym wrogiem komendanta, na którego wylewał hektolitry pomyj. Nawet moje imię – nie wiedzieć czemu uznawane za oryginalne – budziło u nauczycieli historii różne skojarzenia. Od królów Francji, poprzez van Beethovena, Waryńskiego oczywiście, aż po Mierosławskiego.

Minęły lata i zapowiada się nam historia inaczej tendencyjna, a niekiedy zgoła zafałszowana. O czym winni teraz opowiadać szkolni historycy? O nędzy PRL i wszelkiej myśli lewicowej; „żołnierzach wyklętych”; Lechu, który spoczywa na Wawelu, gdyż zginął z ręki Rusa i wehrmachtowego wnuka, podczas gdy Czech obojętnie się przyglądał; nieodmiennie pozytywnej roli Kościoła katolickiego; błogościach II Rzeczypospolitej; odwiecznej przyjaźni ze wspierającymi nas zawsze Stanami Zjednoczonymi; zasługach kontrreformacji i wyuzdaniu zwieńczonego robespierryzmem oświecenia. Oczywiście belfrowie nie zawsze będą przychylni takiej wykładni dziejów, mogą różnić się między sobą, ale właśnie… Da liegt der Hund begraben – tu jest pies pogrzebany, a w każdym razie sens „reformy” kasującej gimnazja.

Miałem, jako się rzekło, to niebywałe szczęście, że uczyło mnie siedem indywidualności (dwóch ludzi o dokładnie takich samych poglądach nie ma na świecie poza PiS) i od każdej coś tam liznąłem, a w każdym razie, podsumowując te doświadczenia, wyniosłem przekonanie, że nic prawie nie jest skończenie czarno-białe. W triadzie podstawówka-gimnazjum-liceum spotykał się jeszcze uczeń z trzema co najmniej spojrzeniami na przeszłość. Teraz będzie musiał obyć się dwoma, co i redukuje różnorodność, i łatwiejsze jest do kontroli, czyli wzięcia w ryzy.

Tyle głosów się słyszy, jak to PiS chce zagarnąć i scentralizować władzę w swoich rękach, że staje się to banalne. Wydaje się jednak umykać powszechnej uwadze, że nie tylko o dyktat polityczny, administracyjny czy nawet medialny tu chodzi. Nowogrodzka marzy także, a może przede wszystkim, o władztwie dusz, o plemieniu Lechitów (każda etymologia dobra) tańczących, a w końcu i myślących tak, jak im IPN zagra. Dla Jarosława Kaczyńskiego nie ma centralizacji bez mentalnej urawniłowki. Dopiero w tej mierze reforma struktury szkolnictwa (a przy okazji programów nauczania) jest zrozumiała, słuszna i potrzebna, a zresztą pierwszy krok dopiero stanowiąca. Walka nie zostanie wygrana, kiedy sądy wyrokować będą pod dyktando, kiedy usłużni dziennikarze z własnej woli wypisywać będą to, co trzeba, a ideałami obywatelskimi staną się Misiewicz z Macierewiczem. Nie wtedy nawet, kiedy w każdym patriotycznym polskim domu zawisną portrety bliźniaków, a przed pójściem spać dzieci odmawiać będą obok modlitw do dworu (Króla Polski, Królowej Polski i ks. Rydzyka) także apel smoleński… To byłoby pójście na łatwiznę.

Przypomnijmy, kiedy Winston Smith zaznał nareszcie szczęścia: „Och, cóż za okrutna, niepotrzebna pomyłka! Och, cóż za upór i arogancja nie pozwalały mu się przytulić do miłującej piersi! Dwie pachnące dżinem łzy spłynęły mu wolno po policzkach. Ale wszystko już było dobrze, wreszcie było dobrze; walka się skończyła. Odniósł zwycięstwo nad samym sobą. Kochał Wielkiego Brata”. Kochajcie Prezesa, Polacy! Kochajcie, do jasnej cholery!

Wydanie: 6/2017

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 7 lutego, 2017, 13:04

    Nawet Ludwika Stommy od Tomasza Jastruna nie odróżniasz, a się mądrzysz.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy