Proces niepokazowy

Proces niepokazowy

Bez uprzedzeń

Wydaje mi się, że gazety lewicowe (jest ich raptem trzy) za mało uwagi poświęcają procesowi, jaki przed warszawskim Sądem Okręgowym toczy się przeciw gen. Jaruzelskiemu i innym oskarżonym w związku z tłumieniem rozruchów w Gdańsku ponad trzydzieści lat temu. Ilość ofiar śmiertelnych spowodowanych wówczas przez siły porządkowe była dużo większa, niż dałoby się usprawiedliwić rozmiarami zamieszek. Wstrząśnięte było nie tylko społeczeństwo, ale również aparat władzy. Przypominam sobie, że w kręgach partyjnych mówiło się wówczas o niechlubnej nadgorliwości gen. Korczyńskiego, który podobno już w partyzantce dał się poznać ze zbytniej gotowości do strzelania. Każdy mający jakie takie pojęcie o strukturze władzy w Polsce zdawał sobie sprawę, że decyzję o strzelaniu do protestujących ludzi mógł podjąć tylko szef partii, Władysław Gomułka, i że nikt nie mógł jego postanowieniu efektywnie się sprzeciwić. Po upływie trzydziestu lat ustalenie faktów musi być trudne, przedziwnie zmienia się też sposób postrzegania rzeczywistości. Parę lat temu po głośnym, pokazowym procesie skazany został we Francji na więzienie były minister Maurice Papon za sporządzanie list Żydów wyznaczonych do deportacji, w istocie na śmierć. Ale ten sam Maurice Papon przez kilkadziesiąt lat cieszył się uznaniem m.in. za to, że znaczną ilość Żydów uchronił przed deportacją, co także było faktem. W miarę upływu czasu uwaga ludzi kieruje się ku coraz innym aspektom faktów, zmieniają się też opinie i oceny. Ten sam polityk dla jednego pokolenia może być bohaterem, dla następnego przestępcą. Sądownictwo chce się uniezależnić od tej fluktuacji opinii, ale nie zawsze może, bo sędziowie są też ludźmi i podlegają panującej atmosferze umysłowej. Wspomnianego Papona bronią kombatanci z Ruchu Oporu, a oskarżają ludzie znający czasy wojny ze szkoły i z przekazów drukowanych. Najnowsza historia Polski jest przedstawiana w szkole i w większości gazet i książek w sposób fałszywy. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jakie wnioski wyciągną z tego następne pokolenia.
Przewidziane prawem przedawnienie jest oparte na przesłankach psychologicznych i moralnych, a także prawniczych: ma ono uwolnić sąd od relatywizmu ocen i postrzeżeń, pogłębiającego się w miarę upływu czasu i odpowiednio do zmian zachodzących w świadomości społecznej. Procesu karnego w sprawie wydarzeń z grudnia 1970 r. na sprawiedliwy rozum być nie powinno. Został on formalnie umożliwiony przez ustawodawczą manipulację kategorią przedawnienia, w której to manipulacji wzięli udział, niestety, także niektórzy przedstawiciele lewicy.
Sądownictwo cieszy się obecnie w Polsce doskonałą niezawisłością. Nigdy w przeszłości w niepodległej Polsce takiej nie miało. Nie dostrzegam żadnych politycznych sił, przed którymi warszawski Sąd Okręgowy musiałby się ugiąć. Dlatego przewiduję, że wyrok w sprawie Jaruzelskiego (i pozostałych oskarżonych) będzie uniewinniający. Ale kiedy ten wyrok zapadnie? Czy rachunek prawdopodobieństwa daje oskarżonym szansę doczekania tego wyroku? W procesie ma zeznawać 3516 świadków i wszyscy oni mają mieć więcej do powiedzenia, niż mógłby mieć Lech Wałęsa, którego sąd nie chce wezwać na świadka. Jeżeli niezawisłość tego sądu jest zagrożona, to ze strony przedstawicieli „Solidarności”, których udział w tym procesie nadaje warszawskiemu sądowi jakiś rys „sądu ludowego”. Poza tym niezawisły sędzia jest nie tylko sędzią, ale również panem Wiśniewskim, który sympatyzuje z – dajmy na to – KPN-em, panem Dąbrowskim, sympatykiem ZChN-u, panem Nowakiem, zwolennikiem Unii Wolności albo Samoobrony. Największym, w pełni zasłużonym prestiżem cieszy się w Europie sądownictwo brytyjskie. Ale i o tym sądownictwie dowiedzieliśmy się czegoś ciekawego, gdy rozstrzygano sprawę immunitetu generała Pinocheta. Wyrok sądu lordowskiego tylko dlatego nie dał się przewidzieć, że o jednym z sędziów nie było wiadomo, jakie ma sympatie polityczne: lewicowe czy konserwatywne? Pozostali sędziowie głosowali dokładnie tak, jak z góry było wiadomo: konserwatywni opowiedzieli się za orzeczeniem korzystnym dla Pinocheta, lewicowi za niekorzystnym. Również orzeczenie komisji lekarskich w sprawie, czy stan zdrowia Pinocheta pozwala mu na stanięcie przed sądem, było w pewnym stopniu zależne od poglądów politycznych członków tych komisji.
Istnieją dwie władze polityczne: legalna i faktyczna. Tę drugą stanowią partie działające wspólnie z mediami. Proces, który toczy się przed niezawisłym warszawskim Sądem Okręgowym, został wymuszony przez solidarnościowe partie i media. To one, wbrew powszechnej wiedzy, wytypowały Jaruzelskiego na odpowiedzialnego za masakrę w Gdańsku. Dlatego ten proces musi być nazwany procesem politycznym. Nie jest on jednak procesem pokazowym. Przeciwnie, partie, które go wszczęły, wolą, aby toczył się raczej w cieniu innych wydarzeń.
„Przedstawiciele społeczni” w tym procesie reprezentują mniejszość. Generał Jaruzelski cieszy się uznaniem znacznej części społeczeństwa i to uznanie wzrasta.
Z drugiej strony, gen. Jaruzelski i inni przedstawiciele najwyższych władz PRL nie mogą być chronieni przed politycznymi procesami sądowymi, skoro w Polsce przygotowuje się na szeroką skalę procesy polityczne przeciw funkcjonariuszom władzy niższego szczebla, ich podwładnym. Jeżeli lewica nic na to nie może poradzić, to niech przynajmniej mówi otwarcie i głośno o tym, co się dzieje. Milcząc, bierze na siebie część winy za te niepokazowe procesy.

 

Wydanie: 33/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy