Ahoj, afgańska „przygodo”

Ahoj, afgańska „przygodo”

Jeden z „uważanych” komentatorów życia politycznego, ze szczególnym uwzględnieniem spraw zagranicznych, a jeszcze bardziej tych na odcinku wschodnim, cesarz pośrodkowizmu realnego (niemal każdy jego tekst zbudowany jest wedle stempla: lewica krytykuje pogląd, który prawica ma za złe – ja natomiast, poza zacietrzewieniem, sine ira et studio, z piedestału obiektywizmu, wedle najczystszych reguł zdrowego rozsądku tuszę, iż jest całkowicie inaczej), lakonicznie skwitował zakończenie polskiego udziału militarnego w kolejnej przegranej przez Amerykanów wojnie imperialnej, tym razem w Afganistanie: „Na jej bilans przyjdzie zapewne jeszcze czas. Nawet jeśli jednak tej wojny nie udało się wygrać, to był to jeden z tych konfliktów, w którym trzeba było wziąć udział. Z punktu widzenia naszych sił zbrojnych była to wielka lekcja i oby doświadczenie oficerów i żołnierzy, którzy nauczyli się, czym się różni wojna od siedzenia za biurkiem, nie poszło na marne”.

Do oceny politycznej się nie zbliżył, dołączył natomiast spis imion i nazwisk polskich żołnierzy, którzy w Afganistanie zginęli.

„To doświadczenie miało swoją wysoką cenę”. Dla tych, co zginęli na marne – cenę najwyższą. Bilansu żadnego nie będzie, bo z kolejnych wojen, które po 1945 r. USA toczą niemal bez przerwy, jankesi nie tyle nie wyciągają wniosków, ile z tego niewyciągania tworzą modus operandi. Wspomniany publicysta przywołał nazwiska poległych Polaków, ale nawet nie zająknął się na temat liczby zabitych Afgańczyków, wśród których jak w każdej tego typu operacji były tysiące cywilów. Kobiet, dzieci, starców, weselników, innych przypadkowych „kosztów ubocznych”. Ta statystyka jest nieistotna, bo to przecież jakaś ciemna masa talibańska, a inni są sami sobie winni, że tam się urodzili i próbowali żyć, uczyć się, pracować, kochać.

Trudno nie odnieść wrażenia, które w swojej istocie oddaje sens wypowiedzi polskiego komentatora, że ten typ konfliktu wojenno-militarnego dla strony amerykańskiej (i jej akolitów) jest takim doskonalszym, „prawdziwszym” poligonem. Jak inaczej patrzeć na starcie największego imperium wojskowego o niebotycznym budżecie zbrojeniowym z krajem, który według ONZ jest jednym z najsłabiej rozwiniętych państw świata? Udział polskiej armii w tej ekspedycji jest hańbą, nie sposób też znaleźć jakichkolwiek racjonalnych przesłanek politycznych oprócz ślepopoddańczej chęci polskiej klasy politycznej (wszystkich formacji – jak jeden mąż) przypodobania się kolejnym władzom USA. W 2011 r. prawie 70% społeczeństwa było przeciwne tej „interwencji”. Między rokiem 2001 a 2011 grupa przeciwna polskiemu udziałowi w tej wojennej awanturze wzrosła z 14% do owych 70%. W klasie politycznej, generalicji i publikariacie – nie drgnęło nic. Niemal 20-letni konflikt wojenny (niewiele krótszy od zaangażowania USA w Wietnamie) jest nieopowiadalny w Polsce. Najbardziej zaangażowani bąkną coś o NATO, zobowiązaniach, ale po co, dlaczego? Cisza. Słowa nie usłyszymy.

„Misja” w Afganistanie nie jest też poddawana krytyce w myśl złotoustego uzasadnienia: „żołnierze wyszli zza biurka”. Jest u nas po 1989 r. fetyszem zjawisko militaryzacji polityki po amerykańsku. W czasach PRL Wojsko Polskie wzięło udział w jednej, potępianej w czambuł do dziś (i słusznie) bratniej interwencji w Czechosłowacji latem 1968 r. (nie licząc w zupełnie innej skali pomocy sprzętowej i humanitarnej udzielonej antyfaszystowskiej Grecji oddanej przez Churchilla faszystom w latach 40.). W tej operacji wojskowej, uważanej za największą w Europie po II wojnie światowej, zginęło 108 obywateli Czechosłowacji, dwóch zastrzelił pijany polski żołnierz. W Afganistanie zginęło grubo ponad 100 tys. cywilów. Tamta również bardzo polityczna batalia objęta jest powszechnym potępieniem. Afganistan natomiast stał się powodem do chwały i dumy czy innych poronionych reakcji. Protesty antywojenne w Polsce grupowały zawsze garstki aktywistów, nigdy – do czasów powstania partii Razem – żadna partia nie zdobyła się na sprzeciw, a nawet choćby głos krytyczny. Podobnie polskie elity polityczne, o Kościele nawet nie ma co wspominać, wszak kapelanów wojskowych liczymy w setki.

Można by uznać, że akceptacja takich wojennych eskapad jak ta do Iraku czy Afganistanu jest po prostu odbiciem powszechnego poglądu Polaków i zaufania do takiej instytucji jak wojsko (niech ćwiczą, to będą wyćwiczeni; dobrze, że to tak daleko od nas, a kto tam ginie? Jacyś terroryści i talibowie, islamiści). Problem w tym, że takiej debaty o słuszności lub nie udziału w amerykańskich interwencjach u nas się nie toczy. Jest aprioryczne założenie, że to ma sens, wartość, strategię i oprócz tych – jakże szkoda, jakże przykro – niepotrzebnych ofiar śmiertelnych nie ma tu żadnych minusów. A jeszcze nawet nie dotknęliśmy tematu czy raczej problemu rannych weteranów, często pozostawionych samym sobie lub procesujących się z państwem polskim o opiekę, leczenie, środki do życia czy na rehabilitację. Giną, odnoszą rany, bo są żołnierzami. Ofiar po stronie przeciwnej Amerykanie nie liczą systemowo. A my ich nie widzimy. Na tym polega kolonialny wymiar takiej wojny. Ale przecież Polska nie może się zachowywać kolonialnie, bo nie miała (nie zdążyła) kolonii. Ofiar naszej interwencji w Afganistanie ani nie znamy, ani nie chcemy o nich wiedzieć, nawet ich nie policzono – natomiast nasze przewiny będą widoczne coraz bardziej, a odpowiedzialność za współudział w zbrodniczej operacji USA pozostanie z nami na zawsze. I jest to powód do wstydu, nie dumy. A śmierć tych 44 żołnierzy była nie tylko daremna. Była całkiem bezsensowna. Salutu nie będzie.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 29/2021

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy