Język przemocy

Język przemocy

Bez uprzedzeń

Czy Sojusz Lewicy Demokratycznej przyczynił się – co zarzucają mu niektórzy dziennikarze -do sukcesu wyborczego Samoobrony? Przyczynił się, ale w taki sposób jak wszystkie inne partie, które zlekceważyły elektorat Samoobrony lub nie potrafiły go przekonać do siebie. W znacznej części społeczeństwa panują nastroje rozgoryczenia i wzbierającej złości do tych, co zorganizowali w mediach kult samych siebie jako wyzwolicieli, zbawców Polski i przyznali sobie prawo wyciągania z posad państwowych takich dochodów, jak z prywatnego biznesu. Parę milionów ludzi znalazło się w beznadziejnym położeniu, w jakim nie byli w PRL.
Nikt im już nie obiecuje lepszej przyszłości, chyba że w formie zniesienia (po siedmiu latach?) barier dla wyjazdów na saksy do Europy Zachodniej. Nie chodzi jedynie o rozgoryczenie biednych, Samoobrona została stworzona przez właścicieli rolniczych warsztatów pracy, którym wolność gospodarcza przyniosła ruinę. Prywatni producenci byli w poprzednim ustroju „elementem antysocjalistycznym” w bardziej istotnym sensie niż kawiarniana dysydencja.
Potrzebna był partia z programem głęboko sięgającej zmiany, która tylko ubocznie zajmie się poprawianiem niedorzecznych reform rządu solidarnościowego, a zasadniczo przemyśli dotychczasową politykę w odniesieniu do państwa i gospodarki i zaproponuje wyjście z tego, co dla wielu ludzi jest tunelem bez światełka. Nikt sam z siebie nie jest taki niemądry, żeby liczyć na cudotwórcze możliwości rządu, chyba że media wmówią mu taką wiarę. Niech jednak partia dążąca do objęcia władzy pokaże, że nas rozumie, że przynajmniej emocjonalnie jest nasza. SLD wydawał się taką partią dla 40%. Mógł nią być dla 50%, gdyby jej liderzy nie przestrzegali przed „nadmiernymi” oczekiwaniami, no i gdyby rzeczywiście miał odwagę przemyślenia sytuacji Polski po 12 latach dominacji „klasy politycznej” opierającej swoje prawo do ciągnięcia zysków z państwa na wiekopomnych zasługach obalenia komunizmu na całym świecie i zburzenia muru berlińskiego.
Nie zetknąłem się z przekonującą odpowiedzią na pytanie, kim jest Lepper ze swoją Samoobroną. Może to tylko polski Poujade, przywódca rzemieślników i sklepikarzy, który w latach 50. zrobił taką samą karierę, zdobył takie samo dziesięcioprocentowe poparcie w wyborach do Zgromadzenia Narodowego, używał podobnych metod, a później zniknął, nie pozostawiając trwałego śladu w polityce. Niestety, zachodzą ważne różnice. Lepper wskoczył już w buty „Solidarności”. Korzysta z wywindowanego do niesłychanej wysokości w Polsce kultu buntownictwa i „niepokorności”. Nie ma dla niego problemu łamania czy przestrzegania prawa, ponieważ ustrój, w ramach którego powstało to prawo, uznaje za niesprawiedliwy. Uznanie lub nieuznanie prawa jest dla niego kwestią oceny stosunków sił w konkretnej sytuacji. Skoro „Solidarność” wygrała tym systemem z „komuną”, dlaczego Samoobrona nie maiłaby spróbować? Nie można jej bezprawia zarzucić, ponieważ „Solidarność” dała dowód, że bezprawie może być uznane za działanie heroiczne. Można Leppera aresztować i uwięzić, ale w Polsce to jedna z najkrótszych dróg do wysokiej kariery politycznej. Niech się jakiś prokurator ośmieli zażądać kary więzienia dla działaczy Samoobrony. Zmieni się polityka i taki prokurator zostanie okrzyknięty podłym, nikczemnym draniem. Lepper może w tych warunkach moralnych zrobić w stosunkach z władzą państwową wszystko, co uzna za korzystne dla siebie, i nic mu za to nie grozi ze strony państwa. Czy można sobie wyobrazić Leppera skazanego i trzymanego w więzieniu? Cała klasa polityczna nie mogłaby od tego spać spokojnie. Czy można Leppera „ucywilizować”? Co to znaczy „ucywilizować” w Polsce postsolidarnościowej? Poszło w końcu o słowo „kanalia”. Moim zdaniem, po tym wszystkim, co się przez 12 lat słyszało w Sejmie, radiu i telewizji, można by już oczekiwać znieczulenia na słowa. Wrażliwość powinna wrócić, ale razem ze zmianą stosunku do prawa, prawdomówności i do polityki. Po pierwsze, żeby kogoś obrazić, trzeba mieć czym. Lepper nie ma już zdolności obrażania kogokolwiek. Pewien Ateńczyk starożytny powiedział: gdyby mnie osioł kopnął, czy miałbym go podawać do sądu?
Liderzy SLD i nie tylko liderzy przez 12 lat spokojnie wysłuchiwali, że są „nieukaranymi zbrodniarzami”, nikczemnikami, kłamcami itp. i wcale nie czuli się obrażeni, przynajmniej tego nie okazywali. I słusznie, bo poseł Niesiołowski podobnie jak Lepper też nie miał czym obrażać. Sama intencja nie wystarczy.
Słowo „kanalia” znaczy tyle, co „człowiek podły, nikczemny”. Obrzucanie takimi słowami przeciwnika jest symbolicznym substytutem przemocy fizycznej. Wstępem do takiej przemocy, zapowiedzią lub powetowaniem sobie okazji zaprzepaszczonej w przeszłości. Ale dlaczego od człowieka dość prostego, gburowatego wymagać więcej ogłady niż od osoby kulturalnej? Dlaczego wicemarszałkowi Sejmu, pod względem ekspresji językowej wolno mniej niż osobie na stanowisku ministra w kancelarii prezydenckiej?
„Kanalia”, „podły”, „nikczemny” – z tego poziomu nie będzie łatwo się podnieść. Trzeba się zastanowić, co się pod tym kryje, jakie namiętności i czym one grożą. „Nie wiem, co siedzi w sercu kanalii, ale wiem, co siedzi w porządnym człowieku, i to jest straszne”, powiedział bodajże Chateaubriand.
Po tym wszystkim zmieniam swój stosunek do „poprawności politycznej” przynajmniej w języku. Demokracja wymaga, aby tak zwana nienawistna mowa była traktowana jako jedna z odmian przemocy.

Wydanie: 49/2001

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy