Władza jednostki

Władza jednostki

Przeczytałem w świątecznej „Polityce” wywiad z Donaldem Tuskiem i przeszły mnie zimne dreszcze. W ostatnich wyborach nie głosowałem na kukizkluks- klanowców, ale nie oddałem też kartki za PO. Teraz widzę, że Bóg mnie strzegł. Cóż bowiem mówi Donald Tusk? Wczytajmy się starannie, jak w szkołach każą: co autor miał na myśli.

„Życie wewnątrz partii politycznej to nie jest wspólnota dobrego serca, jednego zbiorowego marzenia bez osobistych ambicji. Życie wewnątrz partii to nieustanny proces, bardzo zresztą dobry, walki o wpływy, o mocniejsze pozycje. Dzięki temu powstaje prawdziwe przywództwo. I nie mówię tylko o sobie, mówię o pewnej, absolutnie uniwersalnej, także w demokracji, zasadzie. Tylko te partie są skuteczne, które mają bardzo czytelne, wyraziste i KONIECZNIE JEDNOOSOBOWE PRZYWÓDZTWO (podkreślenie LS). Jeśli dziś słyszę czasem, że celem zmiany w Platformie jest kolegialne czy kolektywne przywództwo, to bierze mnie śmiech. Świat od zawsze jest tak poukładany, że partia polityczna, armia czy drużyna piłkarska muszą mieć przywództwo, autorytet”. Dajmy sobie na chwilę spokój z megalomanią Tuska, która pozwoliła mu poznać „absolutnie uniwersalne zasady”, choć przed nim nikt dotąd nie dostąpił takiego mistycznego wtajemniczenia.

Ale już na następne pytanie: „No to jak, Tomasz Siemoniak czy Grzegorz Schetyna?”, Tusk odpowiada: „Liderów się nie przygotowuje, nie namaszcza, przywództwo trzeba wygrać, a więc wygra ten, kto potrafi pokonać konkurenta”. Jakaż cudowna riposta. Nieważne, kto i co ma do zaproponowania, nieistotne, kto ma kompetencje, nie liczy się program, choćby nawet tylko spraw wewnątrzpartyjnych dotyczący, nieważne szare komórki. To wszystko Tuska nie obchodzi. Liczy się jedynie, kto ma mocniejszy i masywniejszy kastet na paluchach.

Na szczęście Tusk pedagog myśli politycznej myli się głęboko. W takich dziwnych państwach jak np. Szwecja, Dania, Finlandia, Norwegia istnieje akurat kolektywne przywództwo. Z sondaży zaś wynika, że ich obywatele nie uskarżają się tak bardzo na swój demokratyczny los. Natomiast autorytarne przywództwa, których zapalonym zwolennikiem ogłasza się Tusk, niezbyt się, jak dotąd, w dziejach Europy sprawdzały. Byłoby grzeszną łatwizną wymienianie Stalina, Hitlera, Franco, Salazara, Antonescu, Hodży… Ale nawet tak wybitnego polityka jak Charles de Gaulle zmiotło ze sceny referendum narodowe. Po Margaret Thatcher Wielka Brytania liże społeczne rany do dzisiaj. Rzecz, pomijając nawet szaleństwa, „błędy i wypaczenia”, jest prosta jak konstrukcja cepa. Towarzysz Władysław (Wiesław) Gomułka wiódł życie względnie ascetyczne. Zadowalał się kawą zbożową, uważał więc, że innej narodowi nie trzeba. Dreszczem obrzydzenia przejmowała go Kalina Jędrusik, więc kładł plombę na gary wszelkiej erotyce i rozbierance. I jest to w pełni logiczne. Każdy „jednoosobowy przywódca” ma swoje umiłowania, uprzedzenia i wybór: albo zapytać kolegów o zdanie, przyznawszy im prawo do posiadania własnych poglądów niewywalczonych prawem kastetu (od słowa kolega pochodzi kolegialność), albo uznać, że bez „jednoosobowego przywódcy” społeczeństwo nie da sobie rady.

Lecz tutaj właśnie Donalda Tuska „bierze śmiech”. W gruncie rzeczy chodzi o to, żeby trzymać ich – nas – za mordę. Najwyraźniej nie zdaje sobie Donald Tusk sprawy, jak jest w tym względzie bliski prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu. Tyle że Jarosław Kaczyński, w końcu inteligent z Żoliborza, nigdy tego do końca nie dopowie. Niech będą Szydło, Duda czy Gliński jego usłużnymi marionetkami. Dyrygując nimi, będzie miał władzę, o którą mu chodziło. Jednocześnie jednak udaje, że oszczędza ich ambicje. Tusk na taki nawet wysiłek się nie zdobywa. Wtedy jednak rodzi się wątpliwość. Czy rzeczywiście mieliśmy przez lata do czynienia z dwoma programami poprawy Rzeczypospolitej, czy też z rywalizacją dwóch żądnych władzy „jednoosobowych przywódców”. W tym drugim przypadku lepiej poszukać sobie innych horyzontów. Oczywiście w meczu (wbrew wyobrażeniom Tuska pika nożna to gra zespołowa, w której nazbyt rozrośnięte ego jednego z zawodników z reguły szkodzi drużynie) dwóch naszych polskich kandydatów narodowego przywództwa wydawałoby się w pierwszej chwili, że Tusk ma przewagę. Buja w wielkim świecie, przyjaźni się z panią kanclerz Merkel, bierze udział w paryskich manifestacjach… Ale kto wie. Jak bowiem widać, niewiele się nauczył na europejskich salonach. Gdyby tam więcej skorzystał, wiedziałby, że pewnych rzeczy nie mówi się głośno ze względu na elementarną polityczną poprawność. Ale gorzej jeszcze, jeśli się w nie naprawdę wierzy. Wtedy tory prowadzą już tylko do stęchłej zajezdni.

Wydanie: 3/2016

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy