Repolonizacja dusz

Repolonizacja dusz

Tuż po ogłoszeniu przez Państwową Komisję Wyborczą reelekcji Andrzeja Dudy pisarka Manuela Gretkowska wystawiła dom na sprzedaż; w pełni ją rozumiem, trzymam kciuki za konsekwencję, a nawet nieco zazdroszczę. Dla wielu ludzi wygrana Dudy jest przekroczeniem granicy beznadziei, nie zamierzają czekać przynajmniej trzy lata na kolejną szansę wyborczą, zwłaszcza że nawet jeśli zostanie wykorzystana i pozwoli odsunąć PiS od władzy, nie poskromi nienawistnego podziału narodu. Ten kraj jest i pozostanie pęknięty na pół, jedynym polubownym rozwiązaniem dla Polski zdaje się referendum secesyjne, ale to pozostanie w sferze politycznych utopii, bo żadna władza legitymizować rozpadu państwa nie zechce. Gretkowskiej dziwić się nie należy – ani mieć jej za złe. Dziecko odchowane, praca w zawodzie literata i tak od zawsze zdalna, a znajomość języków obcych skutecznie niweluje lęk przed wyobcowaniem. Jako publicystka kąsała władzę i tę gnuśną połowę społeczeństwa, która swojsko się czuje między chamem i plebanem, próbowała nawet sił w polityce, nie rezygnując zarazem z aktywności literackiej – słowem, zarzucić jej, że rejteruje z tonącego okrętu, byłoby nieuczciwością. Ma dość i pakuje manatki, powtarzam: zazdroszczę, też bym sobie poemigrował, nie mam zbyt wiele do pakowania, ale brak jednomyślności w rodzinie, a dziecko małoletnie. Inna sprawa, że lenistwo i mnie skazuje na lęk przed niewysłowieniem. Ilekroć toczę rozmowę w obcym języku, czuję się głupszy od siebie, nigdy też nie będę mógł pisać nie po polsku, gorset mowy obcej jest mi zbyt ciasny, żeby złapać głęboki oddech, a fraza literacka musi mieć oddech głęboki, tak myślę.

Ledwie minął wieczór wyborczy, a nasz zwierzchnik najwyższy padł łupem dwójki rosyjskich trefnisiów. Wkręcanie celebrytów i dyplomatów w stylu krotochwilnej dywersji Sachy Barona Cohena bardzo sobie cenię, podobnie jak filmy „mockumentalne” i wszelkie im podobne manewry, mające na celu obnażanie głupoty osób publicznych lub przekłuwanie balona politycznych napuszeń. Trzeba przyznać, że beka z Dudy udała się średnio, głównie za sprawą językowej niekompetencji prezydenta. Nie dał się wkręcić, bo język mu stawiał opór, w tej rozmowie można wyczuć głównie troskę indagowanego, czy aby nie zbłaźni się jakimś lapsusem albo nie zrozumie źle pytania. Jeśli zatem jajcarze spod Kremla obnażyli coś wstydliwego, to dojmującą niemoc językową Andrzeja Dudy.

Fakt, że prezydent Polski, skądinąd mąż nauczycielki niemieckiego, po pięcioletniej kadencji wciąż nie posiadł znajomości żadnego języka obcego w stopniu pozwalającym na swobodną konwersację, to żenada. Jako głowa państwa, zamiast flirtować z leśnymi ruchadłami, mógł znaleźć po godzinach urzędowania czas na to, żeby się językowo podszkolić. Duda po angielsku się jąka. Różne są sposoby zawieszania głosu po to, by odpowiednie znaleźć dla rzeczy słowo – jedni przeciągają samogłoski (yyy, eee), drudzy zwalniają tempo wypowiedzi, by dać sobie czas na zebranie myśli, Duda zaś popada w echolalię. Powtarza seryjnie no, yes lub I, to ostatnie najczęściej. Po polsku to brzmi, jakby go coś bolało – aj, aj, aj, aj, a kiedy dodaje w końcu think, wiemy już, że boli go myślenie. Duda Andrzej mówi, że myśli, powtarzając w kółko: aj, aj, aj think, aj think. Gorliwie zapewnia swojego rozmówcę, że oddaje się myśleniu, ale tego, co myśli, powiedzieć nie jest w stanie. Duda jest więc swoim chłopem dla tych 10 mln Polaków, którzy może i chętnie wybraliby emigrację, ale boją się, że na migi nigdy nie wytłumaczą swoich prawdziwych potrzeb. „Nie będą nam w obcych językach narzucali…” – no to już wiadomo, skąd w Dudzie ten lingwistyczny resentyment. Było się obcych języków uczyć, toby się mogło dyskutować albo i samemu coś spróbować narzucić.

Narzucać można jednak także w swoim języku, co złowieszczo zapowiada prokurator generalny Ziobro. Ledwie ogłoszono late poll, a już jął zapowiadać, że „jeśli nie zajmiemy się edukacją, sferą nauczania na uniwersytetach, obszarem mediów, to przegramy bitwę o dusze Polaków”. Domniemana repolonizacja mediów przybierze więc charakter repolonizacji dusz polskich – co potwierdzałyby słowa Kaczyńskiego, narzekającego tuż przed wyborami w radiomaryjnym lamencie, że kandydat Trzaskowski „nie ma polskiej duszy”. Sejm właśnie wziął pod rozwagę projekt karania więzieniem zabaw halloweenowych, zapowiada się nam zatem galopująca repolonizacja dusz (łatwo się w niej zagalopować). Czekać na to, że PiS zaspokoi swoje apetyty, nie ma sensu, nawet kiedy będą już mieli wszystkie media dla siebie, a na sztukę zezwolą wyłącznie chrześcijańską w formie i narodową w treści. Wszak nawet Napoleon Bonaparte, kiedy już ostatecznie „zaorał” media, konfiskując wszystkie drukarnie i obsadzając całą prasę swoimi publicystami, nie przestał narzekać, że co prawda piszą, jak należy, ale zdają się nie wierzyć w to, co piszą. Wojna o dusze nie może mieć końca.

Wydanie: 30/2020

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy