Sześć tysięcy trupów na drogach

Zapiski polityczne

Nie chciałbym zostać posądzony o starczą maniakalność, ale muszę wrócić do sprawy mordowania ludzi na drogach publicznych przez kierowców lekceważących całkowicie zasady prawa drogowego, walnie wspomaganych przez organy policji drogowej, której współudział w tej zbrodni polega na całkowitym prawie zaniechaniu ścigania piratów drogowych. Miałem niedawno spotkanie z najwyższymi czynnikami władzy rządowej. Poruszyłem sprawę gigantycznej liczby ofiar śmiertelnych na drogach, ale usłyszałem w odpowiedzi, że to nasze spotkanie jest poświęcone ważnym sprawom. Policzyłem zatem ofiary. Kilka dni temu w mediach pojawiła się, nie po raz pierwszy, informacja, że codziennie ginie na drogach średnio 17 (siedemnaście) osób. Pomnożone przez liczbę dni w roku daje ni mniej, nie więcej jak 6205 trupów. Jeśli to nie jest „ważna sprawa”, zasługująca na uwagę i rozwagę najwyższych władz politycznych państwa, to co mam o tym sądzić? Przecież to blisko trzy razy tyle ofiar, ile zginęło w bestialskim zamachu terrorystycznym w Nowym Jorku 11 września 2001 r. Po tym strasznym wydarzeniu w USA wiele się zmieniło. U nas trzy razy większa hekatomba nie zasługuje, by ją zaliczyć do ważnych spraw publicznych. Zgroza.
Odbyłem w ostatnich dniach dwie długie podróże samochodowe po Polsce, których celem był oczywiście Dom pod Ptakami w Puszczy Augustowskiej, ale jechałem różnymi drogami, by przy okazji zobaczyć zniszczenia, jakich huragan dokonał w Puszczy Piskiej. Larum w tej smutnej sprawie zostało, jak sądzę, nieco wyolbrzymione. Duże zniszczenia lasu widziałem na trasie z Ełku do Orzysza i stamtąd do Piszu. Tam rzeczywiście padła na ziemię połamana jak zapałki spora liczba drzew, z tym że są to straty wyspowe. Tu kilka hektarów zniszczonych, tam drzewostan znacznie przerzedzony, tu pojedyncze drzewa wyrwane z korzeniami. Natomiast na długiej trasie z Piszu do Rozogów, czyli na obszarze wielu tysięcy hektarów lasu, zniszczeń nie widać w ogóle. Nie wiem, jak jest w północnej części puszczy, między Rucianem i Mikołajkami. Ten największy kawał pięknego lasu, jaki widziałem, został nietknięty, ale wiatr musiał być piekielny, skoro w okolicy mego domu, odległej od centrum kataklizmu, są wyraźne i dotkliwe straty drzewostanu. Co najdziwniejsze, prócz drzew złamanych w połowie są tysiące sosen i brzóz zgiętych w pałąk prawie koronami do ziemi. Czy się kiedykolwiek wyprostują? Nikt nie umiał mi odpowiedzieć.
Wróćmy jednak do tych tysięcy zabitych. Nie widziałem przez wiele godzin podróży, po setkach kilometrów dróg, patrolu policji sprawdzającego zachowanie kierowców. Zaś oni pędzą jak szaleni w swoich szybkich samochodach, nie respektując znaków zakazu ani ostrzeżeń. Tak zresztą dzieje się pod bokiem najwyższych zwierzchników policji, w samej Warszawie.
Jest taki wiadukt nad trasą kolejową do Lublina w Wawrze. Coś tam jest reperowane, bardzo długo i chyba niezbyt udolnie. Stoją znaki nakazujące ograniczenie szybkości najpierw do 50 km/h, a po kilkudziesięciu metrach do 40 km/h. Te „czterdziestki” są powtórzone jeszcze w kilku miejscach. Jeżdżę tą trasą codziennie. Nie zdarzyło mi się zauważyć, by którykolwiek z rozwielmożnionych kierowców raczył w tym miejscu nacisnąć na pedał hamulca. Jadą z szybkością bliską setki i ani im w głowie posłuchać nakazu zwolnienia.
Powtarzam: sześć tysięcy ofiar rocznie kosztuje nasz kraj ta karygodna niefrasobliwość, plus koszty leczenia rannych, często bardzo wysokie.
Gdy patrzę, jako świadek uczestniczący w tych tragediach, ogarnia mnie złość na nasze władze polityczne i rządowe, wykazujące niezależnie od tego, kto rządzi (jaka partia), całkowitą bezradność wobec codziennie dokonywanych jawnych zbrodni na obywatelach Polski. Wyobraźmy sobie, że pojawia się nagle grupa terrorystów zabijająca planowo i systematycznie sześć tysięcy przypadkowych ofiar. Jakiż krzyk w parlamencie, jakie zbrojenia przeciw zbrodniarzom, jakie środki ostrożności przedsiębrane w celu ochrony życia obywateli, ile pieniędzy z budżetu państwa byłoby bez czyjegokolwiek sprzeciwu przeznaczane na walkę z tymi ludźmi.
Mamy, jako państwo, ochotę przeznaczać miliardy dolarów na zakup nowoczesnych cudów techniki lotniczej, zwanych samolotami wielozadaniowymi, a nie możemy się zdobyć na kilkaset sprawnych i dobrze wyposażonych patroli drogowych, które, jak to się dzieje w większości krajów silnie zmotoryzowanych, potrafiłyby poskromić zbrodnicze instynkty kierowców. Ciągle słyszymy o blokadzie tej czy innej drogi, bo wywróciła się ciężarówka, czyli TIR. Dlaczego one tak często się wywracają i zabijają ludzi? Prosta odpowiedź. Tak się dzieje, gdyż rozwydrzeni kierowcy nie szanują prawa i nie ma nikogo na większości dróg, kto by ich przywołał do porządku.
Nie ma innej rady, jak wprowadzić na drogach publicznych ten sam terror, jaki niesfornym kierowcom fundują kraje superdemokratyczne w postaci dotkliwych represji, materialnych i organizacyjnych (pozbawienie prawa jazdy itp.). W USA za notoryczne przekraczanie dozwolonej szybkości na drodze można zostać wpisanym na listę kierowców stwarzających szczególne ryzyko dla firm ubezpieczeniowych, co pociąga za sobą kilkuletnie znaczne powiększenie wysokości składki. Na przykład 1,5 tys. dolarów w ciągu trzech lat.
Łatwiej mi zrozumieć głupotę i niefrasobliwość kierowców niż obojętność wobec sześciu tysięcy śmiertelnych ofiar wypadków drogowych, całkowitą obojętność naszego państwa, ktokolwiek nim rządzi, obojętność wobec seryjnych zbrodni popełnianych codziennie na drogach publicznych.
Apeluję z tego miejsca, skoro moje interwencje na najwyższym szczeblu władzy są lekceważone, by panowie: komendant główny policji i szef policji drogowej zaczęli się domagać usilnie środków materialnych pozwalających zorganizować na grogach policyjny terror komunikacyjny, co w krótkim czasie oszczędzi Polsce wielu, bardzo wielu śmiertelnych ofiar.

14 sierpnia 2002 r.

 

 

Wydanie: 33/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy