Czerwone i czarne

Pisałam kiedyś, że nie cierpię cudzysłowów. Nadużywają ich ćwierćinteligenci udający, że posługują się polszczyzną literacką. I nie tylko zwykłe, będące po prostu przecinkiem, słowo na „k”, lub powszechny czasownik na „p”, określający dokładnie czynności życiowe człowieka od ględzenia poprzez jedzenie do prokreacji włącznie czy też uprawiania tego zajęcia li tylko dla przyjemności albo sportu, i to zarówno przez jednostki płci przeciwnej, jak i osobniki spod tego samego płciowo znaku, nie tylko te słowa wtrącają do cudzysłowowego więzienia, ale wpychają tam również zwroty kolokwialne, stanowiące krwioobieg języka.
Natomiast tam, gdzie cudzysłów jest niezbędny, na przykład wówczas, gdy niektórzy pielęgniarze i lekarze z horroru, mający miłosne kontakty z karawanem, nazywają pacjenta podróżującego w mrok tamtego świata – „skórą” lub pieszczotliwie „skórką”, tam gazety walą prosto z mostu, bez „łapek”, przyjmując te określenia za swoje, podczas gdy w tym przypadku należy się cudzysłowem od bandziorków odciąć. Nareszcie przysłowiowa „skórka za wyprawkę” zyskała filozoficzne znaczenie. Czymże bowiem jest człowiek, jak nie ową skórką, przejściowo obciągającą ciało, w rękach Najwyższego?
Odkąd na drzwiach małego sklepiku znalazłam wstrząsający przykład użycia cudzysłowu, prośbę o zamykanie drzwi, w którym to zdaniu słowo drzwi zostało wzięte w okowy cudzysłowu: „Proszę „drzwi” zamykać”, a drzwi były nie iluzyjną zasłonką z koralików, lecz normalnymi wrotami, które trzeba pociągnąć, aby się zatrzasnęły, od tamtej pory nie zdziwią mnie nawet najbardziej absurdalnie postawione kurze łapki.
Skąd ten przydługi wstęp, gdy tyle się dzieje? – zapytają Moi Drodzy Czytelnicy i nauczeni doświadczeniem zaczną domyślać się, że ich autorka pewnie chce im między wierszami przekazać coś, o czym nie wolno pisać i mówić, by nie zburzyć harmonii panującej pomiędzy miłościwie nam dziś panującymi hierarchami, pochodzącymi z powołania, po pierwsze, mistycznego – jeśli chodzi o kapłanów, to mamy największą liczbę powołań na świecie – po drugie zaś, z powołania partyjnego. Z nadania, nominacji i, uwaga!, z wolnych wyborów.
Pomiędzy namiestnikami z powołania i z nadania, panuje harmonia jak u Antka z ulicy Gnojnej, gdzie „harmonia z cicha na trzy czwarte rżnie, ferajna tańczy, ja nie tańczę”. Uwierzcie mi Czytelnicy, ja też nie tańczę jak mi zagrają. Pierwsza ingerencja w felieton i adieu Fruziu!
Wasza autorka miała czelność o ustawę antyaborcyjną zahaczyć, a obecnie jak wiadomo, dżentelmeni o tym nie rozmawiają. Najważniejsze, żebyśmy weszli do Europy. Żeby zyskać poparcie Ważnych Osób, musi nastąpić milczenie kobiet. Trzeba uspokoić feministki, Jarugę-Nowacką, a teraz profesor Marię Janion, która list z apelem o rzetelną dyskusję w tej trudnej sprawie napisała i podpisy zbiera. Wasza „znana felietonistka”, jak nazwał ją zgrabnie jeden z tygodników politycznych, zapominając o tym, że jest pisarką, też się pod owym listem podpisała. Ustosunkowałam się także do konkubinatów, co tak wstrząsnęło pewnym księdzem Krzysztofem B., że zatelefonował do mnie po programie „Co pani na to?”; ciekawe, skąd miał pod ręką domowy telefon? Otóż w tym programie śmiałam przypuścić, że zmiany w Kościele za lat 50 posuną się tak daleko, że dwaj księża będą mogli żyć w konkubinacie. Wyciągnęłam taki wniosek na podstawie tego, że obyczaje religijne zmieniają się coraz szybciej. Kiedyś jedzenie przed komunią było grzechem śmiertelnym, a teraz, suto się najadłszy, można opłatek przyjąć.
Gdyby tak jednego dnia uznać, że seks męsko-damski, jak i męsko-męski przestał być grzechem, życie stałoby się normalne i ludzie zajęliby się ważnymi sprawami. Arcybiskup Paetz kupiłby prywatnie swemu legalnemu partnerowi czerwone gatki z napisem ROMA, z prośbą, by ów odczytał napis wspak; AMOR przestałby nabijać czytelników gazetom. Natychmiast zażądałam takich niewymuszonych w prezencie od męża.
Ważna Osoba z Krakowa nie zawracałaby głowy papieżowi, a Kuria nie musiałaby latami tuszować „bolesnych spraw”. Dość obłudne są komentarze, prawie takie jak po 11 września, „świat nigdy już nie będzie taki sam”. Otóż wszyscy wiedzieli, że takie rzeczy się zdarzają, i novum polega na tym, że przy istniejącej wolnej prasie nie można zakleić jadaczek dziennikarzom. Wie o tym mój Korespondent, pan W.J. ze Szczecina, który pisze w imieniu swoim i kolegi o sobie kokieteryjnie, że są starszymi panami emerytami, a to, co pisze, aż iskrzy! Dziękuję Panom, tym, co wspierają mnie w pisaniu, a nawet tym, co przysyłają mi „haki” na różnych ludzi. Czytam wszystkie listy, niestety nie jestem w stanie na nie odpisywać.
Mówiłam tyle o cudzysłowach, bo do żywego mięsa dotknął mnie list od miłego Czytelnika, wytykającego mi kardynalny błąd. „Pani Krystyno Kofta, m-e-c-z-a?”. Tak napisałam przy okazji precla dławiącego gardło głowy państwa sojuszniczego; „oglądał mecza, łykał precle, i nie popijał jak Ferdek browarem”. Pisałam to językiem Ferdynada Kiepskiego, bohatera serialu, powoływałam się na niego, a więc cudzysłów wydawał się zbędny. Śpij spokojnie, Czytelniku mój, naprawdę nie grzeszę błędami, to jest niemożliwe, bo przemądrzały komputer natychmiast podkreśla źle napisane słowa na czerwono.
Co się tyczy arcybiskupa Paetza, nie przeraża mnie jego „grzech nieczystości”, sądzę, że mył się wystarczająco często. Zaś mówiąc poważnie, naprawdę przerażające jest poczucie całkowitej bezkarności jego samego i jego dworu.

Wydanie: 9/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy