Cudowne zniknięcie premiera Australii

Cudowne zniknięcie premiera Australii

Jako człowiek trzeźwo myślący i dlatego niereligijny nie wierzę w cuda, które proponują wiernym religie. Oprócz jednego – powstania wszechświata i malutkiej planety, a na niej istoty, która jest świadoma swego istnienia. Niezwykłość tego wydarzenia nie wystarcza mi jednak do religijnej wiary. Ale rozumiem, że liczni mieszkańcy błękitnej planety są oszołomieni swoją sytuacją i trudno im żyć w świecie, w którym jest tyle niepokoju i bólu, gdzie nasz byt uparcie zmierza ku śmierci. Dla mnie smutna we wszechświecie jest nie jego zagadka, ale to, że być może żadnej zagadki nie ma. A istnienie życia pozagrobowego to dopiero byłaby groza.
Katolicyzm jest mi jednak bardzo bliski, to wiara mojego dzieciństwa, to lekcje religii z księdzem poetą Janem Twardowskim. To wielka sztuka i piękna tradycja. Jana Pawła II lubię i cenię także dlatego, że lubił wiersze mojego ojca. I nie tylko dlatego. Teraz jednak lepiej widzę, że przy swoich zaletach był zbyt konserwatywny, co mogło zaszkodzić Kościołowi i wiernym. Słabości Jana Pawła II widać na tle nowego, bardziej otwartego papieża.
Mnożenie świętych i gorączkowe szukanie dowodów ich świętości w postaci cudów to coś poniżej intelektualnych osiągnięć ludzkiego rozumu i tego, co intelektualne w wierze. Na drugim biegunie są egzorcyzmy i wyganianie diabła.
Pewna kobieta z Kostaryki dała świadectwo cudu, rak jej się cofnął. Jeśli rzeczywiście, to może z innego powodu. Zdarza się, chociaż rzadko. Tak jak rzadko wygrywa się milion w totolotka. Czy to cud? Jak można pozwolić, by tak wielka sprawa zawieszana była na czymś tak małym i niepewnym?
A skala kościelnych i państwowych uroczystości budzi moje mieszane uczucia, idące raczej w stronę niesmaku. Jedne partie polityczne będą na tym żerować, udając religijną gorliwość, drugie pokażą, jak są odważne, mówiąc, że to im się nie podoba. Śmieci po zimie wokół bez liku i nikt nie przyklęknie, by je zebrać.
Oddaliły się kolejne święta, znowu jakby mniej święte. Na Wirtualnej Polsce królowały trzy ważne tytuły: „Wielka tajemnica chrześcijaństwa”, obok „Nowy samochód Lewandowskiego”, dalej „Gdzie się podziała jej kobiecość?”. Ta z kolei tajemnica dotyczyła osoby zapowiadającej pogodę.
Abp Michalik, autor słynnych słów w sprawie pedofilii kapłanów: „Dziecko lgnie do człowieka, zagubi się i jeszcze tego drugiego człowieka wciągnie”, w kazaniu świątecznym zastanawiał się, jak baba może być chłopem, a chłop babą, czy to naturalne i moralne. To są właśnie te intelektualne wyżyny polskiego Kościoła w dniach Wielkiejnocy.
W Wielką Sobotę byłem w wielkim markecie, gdzie kłębił się tłum ludzkich mrówek. Z tego, co jeszcze pamiętam, w Wielką Sobotę katolik powinien się wyciszyć, bo to czas zadumy. Pan spoczywa w grobie i zstępuje do otchłani, a liczni apostołowie zwątpili.
W sklepach wielki zgiełk, a potem hałaśliwy szturm na kościoły, ludzie chcieli obejrzeć groby męki pańskiej, a nuż będzie gdzieś roztrzaskany samolot albo znajdą się inne polityczne akcenty. A gdzie wymagana cisza i zaduma?
Inną polską osobliwością jest to, co reprezentuje komisja Macierewicza. Mógłby to być nasz towar eksportowy. Niezwykłe są jej formy działania, wszechstronność i poziom fachowości.
Nadal nie wyjaśniono tajemnicy zaginięcia malezyjskiego boeinga. Aż się prosi, by Malezja wynajęła komisję Macierewicza, oni szybko wszystko wyjaśnią. Jedną z recept Macierewicza na sprawy trudne i niewyjaśnione są słowa Chrystusa po zmartwychwstaniu do wątpiącego Tomasza: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.
Nie znamy jeszcze do końca powodów zatonięcia koreańskiego promu. Skoro eksperci Macierewicza tak dobrze sobie radzą z powietrzem, to z wodą też sobie poradzą.
W finale proponuję komisji sejmowej niezwykłą sprawę, daleko, aż w Australii, ale na miejscu są polscy uczeni gotowi do współpracy, tak jak byli w USA w sprawie smoleńskiej. 17 grudnia 1967 r. w stanie Wiktoria na ulubionej plaży w gronie znajomych bawił Harold Edward Holt, ówczesny premier Australii. Oprócz rządzenia miał jedną wielką pasję – pływanie. Wszedł do wody, by wkrótce zniknąć wszystkim z oczu. Gdy nie wypływał przez kilka minut, wszczęto alarm. Zaginionego premiera szukały setki policjantów, żołnierze marynarki wojennej, ochotnicy. Ale do dzisiaj nie udało się odnaleźć ani Holta, ani jego zwłok. Dopiero we wrześniu 2005 r. ostatecznie uznano, że zmarł z powodu utonięcia w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Ale nie ma na to dowodów.
Okoliczności jego zniknięcia są więc do dziś nierozwiązaną zagadką. Wokół sprawy narosły liczne teorie spiskowe. Mówiono o porwaniu przez UFO, przez chiński albo radziecki okręt podwodny. Ta ostatnia teoria może być niezwykle inspirująca dla komisji Macierewicza.
Ale „ze śmiechem nie ma żartów”, powiedział poeta Tadeusz Różewicz. Odszedł. I zamyka się brama wielkiej polskiej poezji i naszej mocarstwowości w tej dziedzinie. 

Wydanie: 19/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy