Ogień w Nowej Białej

Ogień w Nowej Białej

19 czerwca wieczorem w Nowej Białej wybuchł pożar. Płonęła niemal cała wieś. Przez noc z soboty na niedzielę ponad 400 strażaków z państwowej i ochotniczych straży pożarnych z kilku powiatów walczyło z ogniem. Akcję ubezpieczało ok. 100 policjantów. Żywioł zniszczył 25 budynków mieszkalnych i ponad 50 gospodarczych. Był to największy od lat pożar w Małopolsce.

Pokazywały go wszystkie stacje telewizyjne, opisywały gazety. Na miejsce przyjechał premier Morawiecki. Ludzie z sąsiednich wiosek, a nawet z odległych stron Polski, pośpieszyli z pomocą pogorzelcom. Pośpieszyła z pomocą Słowacja. Nawet abp Jędraszewski przybył do Nowej Białej, odprawił tam mszę, a w kazaniu, które wygłosił, po raz pierwszy nie było nic o gender czy tęczowej zarazie. Porzucił na chwilę swoje ulubione tematy i mówił – aż trudno uwierzyć – o ludzkiej solidarności.

Dotąd o Nowej Białej mało kto w Polsce słyszał. Nowa Biała to wieś na polskim Spiszu, z większością ludności słowackiej. O typowej dla Spiszu, niespotykanej nigdzie więcej w Polsce zabudowie, wyraźnie różnej od zabudowy wsi podhalańskich. Nawiasem mówiąc, pan premier, podobno historyk z wykształcenia, będąc w Nowej Białej, i tak był przekonany, że jest na Podhalu, co kilkakrotnie powtórzył.

Ta tradycyjna zabudowa wygląda tak, że domy mieszkalne zwrócone są frontem do drogi, pomiędzy domami są wielkie, drewniane bramy, przez które wjeżdża się na małe podwórze, obudowane w czworobok, zamknięte zbudowaną równolegle do domu stajnią. Budynki stajni, też w zabudowie szeregowej, stykają się ścianami bocznymi. Za nimi jest większe podwórko czy też ogródek, całość zamknięta, opasana stojącymi szeregowo stodołami. Wieś jest zwarta, z lotu ptaka robi wrażenie fortecy. O ile większość domów jest już murowana, o tyle stajnie i stodoły są drewniane, kryte gontem lub dranicą. Budynki gospodarcze mają pod okapami dachu charakterystyczne galeryjki, ułatwiające załadunek siana.

Ten układ urbanistyczny, który tak sprzyja rozprzestrzenianiu się ognia, wynika – o ironio – z obowiązujących tu dawnych węgierskich przepisów… przeciwpożarowych. Być może kiedyś stodoły płonęły częściej niż domostwa i dlatego kazano je budować w pewnym oddaleniu.

Obawiam się, że w emocjach po tragedii ten arcyciekawy zabytkowy układ urbanistyczny zostanie przy odbudowie wsi zniszczony. A może dałoby się go utrzymać, wprowadzając jakieś inne zabezpieczenia przed rozprzestrzenianiem się ognia? Tu już muszą wypowiedzieć się specjaliści, no i sami zainteresowani. To oni muszą zadecydować, czy jest jakiś kompromis między zachowaniem dziedzictwa kulturowego a zapewnieniem sobie bezpieczeństwa przeciwpożarowego.

Jeśli premier Morawiecki, udając się do Nowej Białej, nie dowiedział się, że leży ona na Spiszu, a nie na Podhalu, tym bardziej zapewne nie dowiedział się, że tę wieś ciężko doświadczył nie tylko ogień, ale także jego i jego obozu politycznego ulubiony bohater, „żołnierz wyklęty” „Ogień”. A było to wiosną 1946 r. Te odwiedziny i zamordowanych przez „Ognia” Słowaków, mieszkańców wsi, upamiętnia niewielki pomnik. Wątpię jednak, czy pan premier miał czas złożyć tam kwiaty. Był bowiem zajęty ofiarami innego ognia. Poza tym czy zamordowani przez patriotę, stawianego młodzieży za wzór cnót Józefa Kurasia „Ognia” zasługują nie tylko na kwiaty, ale w ogóle na uwagę pana premiera? Co innego żołnierze Brygady Świętokrzyskiej NSZ, którzy co prawda jawnie kolaborowali z Niemcami, nie uznawali rządu londyńskiego ani zwierzchnictwa AK, mordowali Żydów, za to byli antykomunistyczni i zwalczali w bratobójczych walkach partyzantkę komunistyczną. Im na grobach – budząc zdumienie – pan premier składał wieńce.

A może będąc w Nowej Białej i rozmawiając z miejscową ludnością, albo z przedstawicielami władz słowackich, które śpieszą pogorzelcom z pomocą, dowiedział się, że słowacki odpowiednik naszego IPN uważa „Ognia” za ludobójcę i prowadzi w jego sprawie śledztwo, a polski IPN odmawia współpracy? Czy pan premier, jak wspomniałem, podobno historyk z wykształcenia, wierzy, że istnieją wyłącznie te fakty historyczne, które opisują nadworni historycy, a czego oni nie napiszą, to nie istnieje? Trzeba więc pisać historię na nowo i tej napisanej na nowo uczyć dzieci w szkole?

Jeśli pan premier tak myśli, to się myli. Byli już tacy przed nim, którzy myśleli podobnie. Dość przypomnieć jeden przykład. W PRL przy pomocy wszechwładnej cenzury i całej zgrai nadwornych historyków próbowano np. wykreślić z historii Polski Piłsudskiego i jego Legiony. Albo wpisać do niej Moczara i jego partyzantów. Jak widać, z bardzo marnym skutkiem.

Wracając do Nowej Białej i jej mieszkańców dotkniętych tragedią, mieszkańców wsi, którzy doznali cierpień od ognia i „Ognia”, mam nadzieję, że z pomocą wielu ludzi dobrej woli, instytucji państwowych i społecznych, ale przede wszystkim własną pracowitością i uporem, odbudują swoją wieś. Małą ojczyznę, w której spokojnie będą mogli pielęgnować swoje dziedzictwo i tradycję. A żaden ogień, obojętne, czy pisany małą literą, czy wielką, już żadnej krzywdy im nie wyrządzi.

j.widacki@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 27/2021

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy