Polska, dzianina czy cytryna

Polska, dzianina czy cytryna

Pisał bezlitosny Boy-Żeleński: „Bo paraliż postępowy / Najzacniejsze trafia głowy”. Wspomniałem te prorocze słowa, dowiadując się, że hasłem tegorocznej kampanii wyborczej PiS jest: „Przyszłość ma na imię Polska”. Co to znaczy? Paraliż postępowy. To po prostu nic nie znaczy, gdyż przyszłość nie ma metryki urodzin, a w związku z tym imienia. Owszem, we wzlotach poetyckich przyszłość urastać może do mirażu i snu o wielkości. Pisał Władysław Bełza: „Żyjmy przyszłością, a stare dzieje / Niańkom zostawmy lub mnichom!”. Albo Adam Asnyk: „Przyszłości podnoście gmach!”. Żaden z nich nie przesądzał jednak, czy przyszłość będzie miała na imię Polska, dzianina czy cytryna. Podsumował to niejako Henryk Rzewuski w „Listopadzie”: „Przesądzając o przyszłości, by wybadać tajemnice, co je dla inszego dobra Opatrzność trosk­liwie zakrywa, człowiek objawia tylko swoją pychę, pychę jałową, z której ludzkość żadnej nauki nie wyczerpie”. Dajmy jednak spokój wieszczom. W sloganie PiS brakuje po prostu punktu wyjścia. „Przyszłość ma na imię Polska”? Przyszłością samochodów napędzanych benzyną będą auta elektryczne, przyszłością prezerwatyw – krem marki Ultra w 11 zapachach do wyboru. Jest w tym pewna logika. Przyszłością transportu jest energia elektryczna, przyszłością bezpiecznego spółkowania krem Ultra. Czego przyszłością ma być Polska? Zgodziłbym się (logicznie, ale broń Boże nie ideologicznie) na formułę: przyszłością III Rzeczypospolitej jest IV Rzeczykaczystan. W formule PiS i tego jednak brakuje. Jest niewiadoma ciemność i chaos, z którego wynurza się Polska. Jaka Polska? Od morza do morza (albo „od może do może”, jak szydził Stanisław Jerzy Lec), na pewno jednak z Gruzją, tak bliską sercu Lecha Kaczyńskiego, jako kolonią zamorską. A właściwie dlaczego nie od Portugalii do Władywostoku? Zdaj sobie wreszcie sprawę, mieszkańcu Afryki, Chińczyku, Hindusie, Argentyńczyku (z papieżem włącznie), a nawet ty, przemądrzały jankesie, że swoje wizje nadchodzących lat musisz wyrzucić na śmietnik. Skończyły się żarty. Siadaj studiować wiersze Marii Konopnickiej i pisma Jana Pawła II. To ci się tylko przyda. Bo przecież przyszłość ma na imię Polska!

Przypomina się stary dowcip. Dobry Bóg stwarza świat. Ale jest to już kolejny dzień pracy, Jehowa jest zmęczony. Dysponuje więc tylko: – No dobrze, tam będzie morze, tam pustynia, dodajcie na lewo trochę jezior, co nieco gór, tak, tak, Gabrielu (był to najupierdliwszy z aniołów), a na prawo cokolwiek ziemi żyznej. Tam na Podkarpaciu możesz jeszcze dorzucić jakieś złoża soli, a koło Gopła kopsnij trochę czarnych ziem. – Kochany Jehowo – sprzeciwia się Gabriel – to nie jest w porządku, ośmielę się tak powiedzieć. Gdzieś tam straszliwe pustynie piaskowe i kamienne przestrzenie, gdzie żyć prawie się nie da, krainy pokryte wiecznym lodem, a tutaj góry i morze, lasy i jeziora, wielkie żyzne równiny, spławne rzeki, Szwajcaria Kaszubska… Gdzie jest twoja, o dobry Boże, sprawiedliwość? I zasępił się Jehowa, bo słusznie go Gabriel zagadnął. Myślał długo. Wreszcie wezwał Gabriela i tak mu rzekł: – Rzeczywiście, drogi archaniele, popełniłem błąd, to się w końcu każdemu zdarza, ale ja go naprawię i przywrócę równość na świecie. Po prostu ten piękny kraj zaludnię Polakami.

I stało się wedle słów Jehowy. Był to jak dotąd jedyny przypadek, kiedy – choć na ograniczonym terytorium – przyszłość przeistoczyła się w Polskę. Działo się to jednak 6015 (podług Pisma Świętego i prof. Giertycha), a zdaniem heretyckich uczonych, nawet wiele milionów lat temu. Od tego czasu trochę się zmieniło. Polska figuruje na mapie świata i Europy, więc program głoszący, że (tutaj staram się rozpaczliwie ulogicznić slogan) przyszłość Polski ma na imię Polska, wydaje się dość rudymentarny. Odpowiednio: przyszłość Pcimia ma na imię Pcim, a Kobierzyna – Kobierzyn. Nie jestem pewny, czy mieszkańców Pcimia lub Kobierzyna zachwyciłaby taka perspektywa.

Dlaczego o tym piszę? Czy nie szkoda czasu i atłasu na znęcanie się nad głupkowatym sloganem? Otóż myślę, że nie. W kraju, gdzie do wyborów prezydenckich zgłaszają się najbardziej egzotyczni kandydaci, gdzie Sejm jest nie bez racji w pogardzie, największa partia opozycyjna nie zadaje sobie minimalnego trudu, by ułożyć hasło wyborcze mające choć pozory sensu i spójności logicznej. Jakaż jest w tym głęboka pogarda dla obywatela wyborcy, któremu odmawia się prawa do krytycznego myślenia w cynicznym przekonaniu, że przełknie każdy idiotyzm, byle Polska była we frazie. „Gazeta Polska”, „Nasza Polska”, „Teraz Polska”, „Dziennik Polski” – już masz czytać i nie dyskutować. Niestety, wycierać sobie gęby Polską to jedno. Oprócz tego przydałaby się zapewne odrobina szacunku dla zdrowego rozsądku, mniej megalomanii, a może nawet liźnięcie Kartezjusza. Oczywiście rozumiem, że propagandysta PiS chciał niezdarnie powiedzieć, że dzisiaj nie ma Polski, ona nastanie dopiero pod berłem Jarosława. Więc na koniec chciałbym go tylko zapytać, jak się nazywa ten skrawek ziemi między Bałtykiem a Tatrami, gdzie kot miauczy, dzieci idą do szkoły, a obywatele do wolnych wyborów. To nie istnieje? Dopiero „przyszłość ma na imię Polska”? Innymi słowy, chcesz upiec pieczeń wyborczą z nieistniejącego? To się udało tylko raz, kiedy Cygan zrobił zupę z gwoździa. Tyle że nawet ten minimalny gwóźdź był faktem. I nie miał przyszłości na imię.

Wydanie: 11/2015

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy