Strachy i straszaki

Strachy i straszaki

Gdyby polskich biskupów i księży zapytać, o którym polityku najczęściej myślą, obserwując awantury o krzyż, mogłoby się okazać, że wcale nie jest nim Jarosław Kaczyński. Jemu towarzyszy bardziej zgrzytanie zębami. A prawdziwie gorące emocje wywołuje José Luis Rodriguez Zapatero. Nazwisko hiszpańskiego premiera od kilku dni jest wymieniane przez hierarchów zdecydowanie częściej. Choć w tonacji jednoznacznie krytycznej. Jako straszak przed podstępnie zbliżającym się do Polski zapateryzmem. Forpocztą tego nieszczęścia, które spadnie na kraj i naród, są oni. Happeningowcy z Krakowskiego Przedmieścia. Kilka tysięcy młodzieży niezwiązanej z żadną partią i nieuznającej autorytetu Kościoła. A na dodatek mającej, delikatnie mówiąc, nonszalancki stosunek do symboli religijnych. To, co ci młodzi robili i co mówili, musiało na tyle wstrząsnąć hierarchami, że zaczęli ich traktować jako straszak mający powstrzymać ewentualnych naśladowców. Niewiele to da, bo zarzuty stawiane młodym happenerom są absurdalne. Większość z nich ma bardzo słabe, jeśli w ogóle pojęcie o polityce Zapatera i z pewnością nie jest to ich idol. Skąd więc te porównania? Ze strachu przed trudnymi do określenia kontestatorami antykościelnymi. Łatwiej będzie ich zwalczać, przypisując im stempel zapaterowców albo postkomuny.
To stara i nieraz już stosowana przez Kościół metoda. Jak tylko się ktoś odezwie i powie coś krytycznie o sprawach Kościoła, to ani chybi jest to jakaś sekta albo zapiekła komuna, która znowu wraca do gry i znowu wraca z nożem w zębach. Bardzo długo ta prosta metoda przynosiła efekty. Prawie wszyscy politycy i większość mediów wolą połknąć własny język, niż z czymś krytycznym wobec Kościoła się wychylić. Dlatego takie happeningi mogą być możliwe w dużych miastach, a nie w małych miejscowościach, gdzie zderzenie z miejscowym proboszczem może mieć bardzo dotkliwe skutki.
Starą metodą prewencyjnego ataku zaatakowano też SLD. Ledwo się paru polityków lewicowych odezwało odrobinę krytycznie, od razu zostali ostro zbesztani i zwymyślani od komunistów i odwiecznych wrogów religii. Polityków można oczywiście najłatwiej zastraszyć, choć chyba tym razem przynajmniej część lewicy będzie konsekwentniej broniła standardów przyjętych w sprawach relacji państwa z Kościołem w europejskich partiach socjaldemokratycznych. A jest czego bronić. Najpierw jednak trzeba by się zadumać nad aktualnym stanem relacji państwa z Kościołem. Powiedzieć, że w najmniejszym stopniu nie są one równoprawne, to znaczy zacząć opis sytuacji od realiów, a nie od pobożnych życzeń czy zaklęć, że wszystko jest w najlepszym porządku. Niestety, nie jest. I to z każdym rokiem coraz bardziej nie jest. Przybywa białych plam. Coraz mniej wiadomo, jakie są faktyczne i kompletne wydatki państwa na wszystkie formy działalności Kościoła i potworzonych przez niego fundacji, stowarzyszeń itp. Większość spraw, które tyczą tego obszaru, jest tak pochowana, że nie da się ich policzyć. I przeliczyć na złotówki.
Na koniec więc pytanie, ciągle jeszcze retoryczne: czy taki stan jest normalny? Czy nie mamy prawa do pełnej informacji o tych wydatkach państwa? Mamy! Będziemy więc się tego domagać. Podobnie jak pełnej informacji o wszystkich osobach wynagradzanych z budżetu państwa za najrozmaitsze działania religijne.

Wydanie: 33/2010

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy