Klasa próżniacza i charytatywna obłuda

Klasa próżniacza i charytatywna obłuda

Im większe nierówności społeczne, tym częściej w okresie karnawału, w którym bawi się głównie bogatsza część społeczeństwa, odbywają się w Polsce różnego rodzaju akcje charytatywne. Zazwyczaj organizatorami tego typu wydarzeń są środowiska biznesowe, przedstawiciele lokalnej władzy (np. prezydenci miast lub ich żony) czy też świat korporacyjnych mediów. Najczęściej w tych imprezach chodzi nie o pomoc biednym i potrzebującym, ale o tanią promocję organizatorów, o ukazanie ich bardziej ludzkiego oblicza. Czysty marketing i dobroduszność na pokaz.
Już klasyk socjologii Thorstein Veblen pod koniec XIX w. uznawał tzw. działalność charytatywną, obok polowań, rzemiosła wojennego, uprawiania sportu i udziału w obrządkach religijnych, za główne zajęcie klasy próżniaczej. „Uczestnictwo w organizacjach dobroczynnych służy potwierdzeniu pozycji materialnej jej członków, jak również podtrzymaniu przekonania o wyższości ich pozycji społecznej poprzez zaznaczenie kontrastu między nimi a gorzej usytuowaną częścią społeczeństwa, wśród której trzeba prowadzić działalność charytatywną”, pisał.
Akcje charytatywne były dla Veblena niczym innym jak elementem próżnowania na pokaz, które ma podkreślić przynależność do elity.
Krakowscy anarchiści, którzy w latach 1993-2002 organizowali co roku protest przeciwko balowi charytatywnemu wydawanemu przez władze miasta, wzywając do bojkotu bankietu lokalnej elity, przypominali, że „jałmużna podarowana przez bogatych snobów nie zrekompensuje strat, jakie poniosło społeczeństwo w wyniku ich działalności”.
Dla większości Polaków, którzy na co dzień nie angażują się w działalność społeczną czy samopomocową, jedyną coroczną okazją do symbolicznego wsparcia dobra publicznego jest akcja Jurka Owsiaka zbierającego pieniądze na sprzęt dla szpitali. To zazwyczaj wyczerpuje polski limit zaangażowania społecznego i pozwala rozgrzeszyć obojętność, która króluje przez całą resztę roku. Dobre i szlachetne intencje Owsiaka nie powinny jednak ukrywać banału, że to państwo, które ściąga z obywateli podatki, jest odpowiedzialne za służbę zdrowia. I nawet największa zbiórka pieniędzy nie rozwiąże problemów w ośrodkach zdrowia, jeśli władza nie będzie chciała zapewnić społeczeństwu solidnej opieki medycznej. Żadna niewidzialna ręka rynku ani tysiąc akcji charytatywnych nie zagwarantują dostępu do sprawnej i nowoczesnej służby zdrowia.
Władza i jej doradcy zazwyczaj przy takich okazjach tłumaczą się brakiem środków finansowych i napiętym budżetem. Nie przeszkadza to jednak w wydawaniu miliardów na mocno wątpliwe cele. Kiedy ludzie czekają miesiącami na wizytę u lekarza specjalisty, limity badań i zabiegów operacyjnych są mocno ograniczone, a pacjentów redukuje się do cyferek w statystykach rządowych, w tym samym czasie bez jakiejkolwiek debaty publicznej wydaje się miliardy na zbrojenia. Znamienne jest, że nikt z kręgów polskiej polityki nawet się nie zająknął na ten temat i nie zadał pytania o racjonalność owych wydatków. Czyżby lobby zbrojeniowe tak skutecznie zamykało usta? Tyle się mówi o modernizacyjnym zastrzyku środków unijnych na najbliższe lata, a przecież 130 mld zł na zbrojenia odpowiada mniej więcej 38% całej sumy funduszy UE, jakie otrzyma Polska. I nawet Leszek Balcerowicz, guru fundamentalistów rynkowych, który krytykuje „wszelkie patologiczne wydatki publiczne”, wcale o tym nie wspomina. Jak się okazuje, dla wyznawców religii rynkowej patologiczne są tylko wydatki państwa na pomoc socjalną czy na zasiłki dla bezrobotnych, ale już nie na wyposażenie armii czy policji. Te instytucje stoją, jak widać, po słusznej stronie obrońców obecnego niesprawiedliwego porządku i interesów biznesu.
Prężenie muskułów, wymachiwanie szabelką i zakup wojskowego złomu to, jak wiadomo, narodowa tradycja w Polsce. Jednak nigdy w przeszłości nie zapewniło to wolności i dobrobytu mieszkańcom kraju nad Wisłą.
Szczególnie dziś wydawanie ponad 100 mld zł na czołgi i rakiety wydaje się zupełnym nonsensem i działaniem na szkodę społeczeństwa. W czasach kiedy wpływy i pozycję polityczną w świecie buduje się głównie w sferze gospodarki oraz nowych technologii, polskie kompleksy i marzenia o mocarstwowości każą elitom władzy trzymać się rozwiązań sprzed 100 lat.
W tym kontekście akcja Owsiaka jest demoralizująca, bo przerzuca odpowiedzialność za jakość życia Polaków z państwa na pospolite ruszenie i spontaniczną zrzutkę obywateli. A władza, jak widać, ma inne priorytety. 40 mln zebranych przez polskie społeczeństwo na sprzęt medyczny to koszt zakupu dwóch nowych czołgów przez rząd.
Dlatego zamiast charytatywnych popisów pod publiczkę czas na realną zmianę polityki. Nie chodzi o pudrowanie niedoborów, lecz o systemową likwidację przyczyn istnienia obszarów społecznej nędzy.

Wydanie: 3/2013

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy