Ostatni dzwonek

Najwyższy czas! – można by powiedzieć, obserwując relacjonowane przez media ruchy i działania podejmowane przez rząd i kierownictwo SLD w celu ratowania sytuacji, która ani rządowi, ani SLD nie rokuje niczego dobrego. Wiadomo, że gdyby wybory odbyły się dzisiaj, obecny układ nie utrzymałby się przy władzy, a utrata władzy może skazać opcję polityczną reprezentowaną przez SLD na długie lata politycznego niebytu. Toteż nie można się dziwić ani nerwowym ruchom w rodzaju wymiany przewodniczącego klubu parlamentarnego SLD, ani wprowadzeniu do rządu żelaznej rezerwy SLD w osobie Józefa Oleksego.
Pytaniem jednak, od którego trudno się opędzić, jest kwestia, czy ruchy te opierają się na szerszym i bardziej refleksyjnym przemyśleniu tego, co się dzieje naprawdę, czy też oznaczają „zwarcie szeregów” bez zmiany kierunku marszu.
Sytuacja jest bowiem naprawdę mocno paradoksalna. Spadek poparcia dla rządu i SLD łączy się powierzchownie z nadmiarem afer i machlojek przypisywanych tej formacji i z wściekłym atakiem mediów. W istocie jednak jest on reakcją zarówno na zawiedzione nadzieje lewicowego elektoratu, jak i na obniżający się poziom życia dużych grup społecznych, w tym wielkiej liczby bezrobotnych, do czego ostatnio dołączył się także spadający kurs złotówki, który sprawił, że dochody nas wszystkich są obiektywnie niższe. Rząd odpowiada na to, że przecież mamy stale rosnący i całkiem przyzwoity wzrost PKB, nie biorąc pod uwagę, że wzrost PKB bez interwencjonistycznej polityki państwa wcale nie musi się przekładać na wzrost stopy życiowej ludności i może być także tzw. wzrostem bezzatrudnieniowym, a więc wcale nie zmniejszającym bezrobocia, na co liczymy. Są to zadania z pierwszej klasy i nie warto się nad tym rozwodzić.
Paradoks zaś polega na tym, że to rozczarowanie polityką społeczną i gospodarczą SLD nadmuchuje obecnie żagle Platformy Obywatelskiej, a więc partii liberalnej, która jeśli dojdzie do władzy, jeszcze mocniej przyciśnie warstwy pracujące, „przyspieszy reformy strukturalne”, co oznacza szybszą likwidację miejsc pracy w górnictwie, hutnictwie czy na kolei, i wprowadzi większe oszczędności w sferze socjalnej, czynione tym razem bez skrupułów, którymi czasem jeszcze kokietuje SLD.
Oczywiście, drugim nurtem, który można odczytać wyraźnie w sondażach opinii, jest wzrost poparcia dla Samoobrony i innych ruchów uznanych za „populistyczne”. Populizm stał się w naszym języku politycznym inwektywą, w rzeczywistości jednak oznacza stawianie trafnych pytań bez trafnych odpowiedzi albo wręcz z odpowiedziami bałamutnymi, do których należą także często nacjonalizm, antysemityzm czy faszyzm.
Pytania stawiane przez Samoobronę – o bezrobocie, o los polskiego rolnictwa, o drobną krajową przedsiębiorczość, o dramatyczne rozwarstwienie społeczne, o nasze szanse po wejściu do Unii Europejskiej – są pytaniami trafnymi, wszystkie wyrażają zaniepokojenie warstw pracujących, a więc większości społeczeństwa. W całej Europie, po utracie wpływów partii komunistycznych i groźnej ewolucji w stronę liberalną partii socjaldemokratycznych, populizm zagospodarowuje dzisiaj te nastroje, które były kiedyś bazą lewicy.
Czy więc SLD, który, jak się sugeruje, ocknął się nieco po okresie marazmu, szykuje jakieś odpowiedzi na te pytania? Czy ma na przykład jakąś receptę na to, co się stanie już niedługo, w maju tego roku, a więc na związaną z wejściem do Unii wzmożoną konkurencję z Zachodu, co zaowocuje dalszymi upadkami firm, wzrostem cen i zapewne wzrostem bezrobocia?
Nie słyszałem o niczym takim. Słyszę natomiast, że rząd gotów jest polec już nie tylko za Niceę, ale także za plan Hausnera, który jest pewnie niezbędnym, ale bolesnym porządkowaniem finansów publicznych, głównie kosztem polityki socjalnej i nowych obciążeń podatkowych. A więc rząd gotów jest polec za wartości, które bądź to, jak Nicea, nikogo tak naprawdę nie obchodzą, bądź też, jak plan Hausnera, raczej osłabiają, niż umacniają jego pozycję.
Wszyscy zgodnie twierdzą, że jest to już ostatni dzwonek dla rządzącej obecnie formacji. SLD także zapowiada, że nie będzie już „mówić o sobie”, lecz o sprawach publicznych, po czym zresztą jeszcze intensywniej mówi o sobie. Ale, jak mi się wydaje, mówi nie to, co ludzie chcieliby usłyszeć.
Trzeba bowiem uczciwie odpowiedzieć sobie na dwa pytania. Po pierwsze – dlaczego SLD wygrał ostatnie wybory, po drugie zaś jakie cele stawia przed sobą obecnie ta partia?
Otóż ostatnie wybory Sojusz wygrał nie tylko dlatego, że rząd AWS-UW był nieporadny, ale dlatego, że społeczeństwo zorientowało się, iż kierunek transformacji ustrojowej, wychodzący z założeń liberalnych, jest dla niego niekorzystny. Liczył więc, że na miejsce wiary, iż bogacenie się elit pociągnie za sobą poprawę bytu ogółu społeczeństwa, SLD zaproponuje nową skalę wartości, opartą przede wszystkim na interesie ludzi pracy najemnej, na awansie społecznym i kulturalnym młodzieży z warstw niezamożnych, na konsumpcji zbiorowej w miejsce indywidualnej walki o pieniądze. Że będzie prowadzić politykę interwencjonistyczną, nie wierząc w „niewidzialną rękę rynku”. Że nie będzie wyrzucać pieniędzy na nowe rodzaje broni dla wojska, lecz na oświatę, kulturę, naukę. Że rozpocznie wielkie i pracochłonne roboty publiczne przy autostradach i budownictwie mieszkaniowym.
Jeśli Sojusz chce się jeszcze uratować, musi wrócić do tych nadziei, które wyniosły go do władzy.
Ale czy chce naprawdę? Istnieje bowiem nie całkiem głupia i kolportowana pokątnie wersja, że SLD spełnił już właściwie swoją misję względem swoich założycieli. Po prostu kilkanaście lat temu grupa młodych, bardzo zdolnych ludzi, którzy rozpoczęli błyskotliwe kariery w PRL, doszła do wniosku, że nie pozwoli się wypchnąć za burtę z chwilą zmiany ustroju, lecz zbuduje sobie silną pozycję w parlamentarnym i politycznym systemie III Rzeczypospolitej. Ten zaś plan powiódł się znakomicie i dzisiaj ludzie wywodzący się z SdRP i SLD i stanowiący czołówkę tych formacji są już nie do wyeliminowania z polskiego życia publicznego, niezależnie nawet od tego, czy SLD wygra, czy też przegra wybory albo czy w ogóle będzie istnieć. Brzmi to cynicznie, ale taka jest prawda, którą także należy brać po uwagę, skoro zabrzmiał już ostatni dzwonek.
Platforma Obywatelska według ostatnich sondaży zebrała już 27% poparcia, wyprzedzając SLD o dziesięć punktów. Teraz będzie się domagać przyspieszonych wyborów, mimo że popularność ta, podobnie jak nie tak dawno popularność SLD, bierze się nie z urody panów Rokity, Komorowskiego czy Tuska, ale z mankamentów panów Millera, Janika czy Jaskierni.
Tylko po co mamy w kółko powtarzać ten taniec?

 

Wydanie: 5/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy