Proszę protestować grzeczniej

Proszę protestować grzeczniej

Jedną z ważnych cech demokracji jest stosunek obywateli i obywatelek do form i technik protestowania. Co jest akceptowalne, a co przekracza miarę, co jest w porządku, a co niedopuszczalne. Co sprawia, że przekaz demonstrujących dociera do odbiorców, a co, że odrzucamy go po jednym rzucie oka na fotografię w mediach. Kiedy kończy się demonstracja, a zaczyna zadyma, w jakim momencie, widząc manifestację, myślimy: zamieszki. Kiedy widok zbombardowanego miasta, kraju Syria, Strefa Gazy, Jemen) nie budzi w nas żadnej reakcji, a kiedy do wściekłości i zabrania głosu wystarczy zbita szyba, płonący kosz na śmieci czy (UWAGA!) prywatne auto w płomieniach. Kiedy cisza zalega nad ofiarami przemocy ekonomicznej, a gromki lament wyrywa się z ponadpolitycznych gardeł mediów, gdy ktoś naklei na samochód (np. Magdaleny Ogórek) karteczkę z hasłem krytycznym wobec TVP.

Wyraźnie widać, że progi odporności i potencjał do wejścia w reakcję nie są specjalnie racjonalne ani wyważone. Powyższe skrajne zestawienia mają pomóc i ułatwić dostrzeżenie tego zjawiska.

Techniki i strategie masowych protestów bez przemocy nie mają jeszcze nawet stu lat (wyłączając znane wcześniej techniki głodówek). W naszej części Europy krwawe uliczne zmagania demonstrantów z siłami „porządkowymi” wyewoluowały z masakr przy użyciu broni palnej, białej itp. w stronę przemocy bardziej „miękkiej”, spod znaku pałki, wody i gazu. Oczywiście bywa i brutalniej, i bardziej krwawo, gdyż zarówno „kule gumowe”, jak i pojemniki z gazem czy inne granatopochodne mają moc groźnego dla życia zranienia czy trwałego okaleczenia. Ale coś, co jest chlebem powszednim demonstracji na zachodzie Europy – płonące opony, regularne bitwy z policją, kamienie – to już u nas ekstremum i raczej specjalność potyczek bojówek parakibicowskich czy coraz liczniejszych skrajnie prawicowych grup podczas Święta Przemocy Narodowej 11 listopada.

Polskie duże demonstracje (niekiedy kilkudziesięciotysięczne, np. protesty nauczycieli, demonstracje związkowe) snują się markotnie w hałasie co prawda ogłuszającym, ale pozbawionym znaczenia i treści – królują sprzedawane na trasie meczowe wuwuzele. Trudno dociec, czego chcą protestujący, którzy maszerują bez wyeksponowanych haseł, skandowanych żądań i rozrzucanych ulotek. I takie manifestacje Polacy lubią – ciche i pokornego serca, uśmiechnięte jak pensjonarka czy szczerzący się ojciec dyrektor. Takie demonstracje są aberracją – media się nimi nie zajmą, pracodawcy i władza śpią spokojnie, Twitter puchnie ciszą. Wielki wysiłek po nic. Za to grzecznie i bez obrazy.

Manifestacje są wyrazem niemożliwego do wyrażenia w inny sposób gniewu, rozczarowania, są reakcją na lekceważenie, bagatelizowanie czy wręcz odbieranie praw całym grupom. Manifestacje wesołkowate to mniejszość, istotą jest sprzeciw, głos protestu, możliwość wykrzyczenia tego, co boli, przez tych, którzy w inny sposób do głosu nie są dopuszczani (np. przez media publiczne, ale nie tylko). Ludzie wychodzą demonstrować z desperacji, z poczucia niemocy, marginalizowani, niewysłuchiwani, oszukiwani, okradani, lekceważeni, obrażani, atakowani. Mit kwiatów w lufach jest widowiskowy, ale zdarza się rzadko i jeszcze rzadziej działa. W Polsce w ostatnich trzech latach przed sądami stanęły setki osób, ponieważ miały w ręku białą różę. A płonąca opona jest wciąż zapowiedzią inferna, końca świata, czymś niewyobrażalnym… W kraju będącym w czołówce państw zanieczyszczających powietrze. Chociaż głównym polskim fetyszem antydemonstracyjnym jest tzw. własność, w szczególności własność prywatna, bo innej i tak nie cenimy. Najwyżej w tej hierarchii stoi własność prywatna wielkich korporacji finansowych. Wybij pan szybę w banku, co zresztą w Polsce nie zdarza się w ogóle, to jesteś pan morderca, Stalin i Mao skrzyżowany z Baader-Meinhof. Prywatne to święte, święte to nietykalne. Sąd uznał właśnie, że zakaz wstępu do Sejmu zaordynowany przez marszałka Kuchcińskiego dziennikarzowi był bezprawny. A wcześniej chcących wejść na teren parlamentu ścigano za naruszenie „miru domowego”. I potępiano tych, co chcieli wejść, a nie tych, co ich bezprawnie siłą powstrzymywali.

Obserwujemy w ogóle odwrócenie wektorów. Pobite ofiary stają przed sądami oskarżane o pobicie sprawców (w słynnym „dialogu pięści z nosem” wymiar sprawiedliwości staje po stronie skrzywdzonej pięści), kopane, znieważone kobiety protestujące w milczeniu i na siedząco przeciw faszystowskiemu, rasistowskiemu przekazowi Marszu Niepodległości w 2017 r. muszą walczyć o unieważnienie prokuratorskiego umorzenia, w uzasadnieniu którego mogliśmy przeczytać, że kopanie, plucie i bicie nie było niczym nagannym, a jeno wyrazem niezgody na obecność protestujących. Jarosław „Deweloper” Kaczyński uważa, że mowa nienawiści to pojęcie skierowane przeciw poglądom prawicy i dlatego nie należy na nią zwracać uwagi (minister spraw wewnętrznych, tak, ten, na którego cześć policjanci cięli i rozsypywali konfetti, wycofuje książkę instruktażową pozwalającą policji wiedzieć, kiedy mamy do czynienia z mową nienawiści). Jeśli prawo stygmatyzuje te i tych, które/rzy protestują przeciw faszyzmowi – staje po stronie faszyzmu. Kiedy „mowa nienawiści” opisuje poglądy jakiejś mniej lub bardziej formalnej formacji politycznej, to znaczy, że ma ona problem ze stosowaniem mowy nienawiści.

I protestować trzeba z całą siłą. Z gniewem. Walka o swoje prawa na ulicy to nie jest kurs jedzenia ryby bez użycia noża.

Wydanie: 8/2019

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy