Jak ten czas leci

Jak ten czas leci

Obchody 25-lecia III Rzeczypospolitej, taktowne i skromne, ale mocne zarazem, gdyż utrafiono w odpowiedni ton. Świetne wystąpienie Obamy. On ma jednak charyzmę. I chcę wierzyć, że nie rzuca słów na wiatr. Nieobecność prezesa z powodu alergii. Na pewno ma alergię na demokrację. PiS kwestionuje demokrację, gdyż w niej nie wygrywa. Strach pomyśleć, jak by przy niej majstrowali w razie wygranej. To, co maluje się na obliczach pierwszej ławy pisowskiej, to już nie jest troska – jakby mieli palce zgniecione drzwiami windy, która nie chce zabrać ich w podróż po władzę. A w windzie jedzie nagle w górę Bronisław Komorowski.
Mieliśmy w roku 1989 dużo szczęścia, ale też mu pomogliśmy, po obu stronach barykady. Świadomie z dobrej woli czy ze złej, ale się udało.
Biorę udział w kilku programach radiowych i telewizyjnych, mówiąc o tym przełomie. Tyle wspomnień, że poczułem się wycieńczony przeszłością. Wspomagam się swoim dziennikiem, jego bylejakość po latach ma swój smak. Na początku roku 1989 notuję ze zdziwieniem: „Mam już 39 lat i nie czuję się ani stary, ani młody”. To zupełnie jak dzisiaj! Pisałem te słowa w lepiącym się od brudu przedziale pociągu, który jechał nocą przez śpiącą Polskę. A ta Polska nawet w snach nie przeczuwała, jak blisko jest wielka zmiana. Notuję w tym przedziale: „Beznadziejność tego, co za oknem. Wszystko, co było, wydaje się nieważne, a co ma być, niemożliwie trudne”. Klasyczne depresyjne myślenie, jak i moja bezsenność, pamiątka po stresach tamtych lat. Byłem w ruchu sprzeciwu od roku 1977 do końca, w sumie 12 lat. I jak to czasami u kresu wspinaczki, z powodu wyczerpania nie widzieliśmy, że cel jest tuż-tuż.
I to zamulenie codziennością: „Rano na stację benzynową, wielokilometrowa kolejka…”. Ale: „Na majowych targach książki miła niespodzianka, są wydawnictwa podziemne. Jeszcze nie tak dawno zabierano mi je podczas rewizji, teraz proszę, są na targach. Zaczepia mnie ktoś, na pewno znam, ale nie wiem skąd.
– Dzień dobry, panie Tomku, pan jak zawsze w towarzystwie pięknych kobiet – witamy się życzliwie. Kilka miłych słów i ogarnia mnie niepokój. Przepraszam – chyba jednak nie poznaję.
– Nie poznaje pan, panie Tomku, swojego prześladowcy?
– Kapitan?
– Ach, czemu mnie pan degraduje?”.
Koniec cytatu. I właśnie w tym momencie powinienem lewym sierpowym złamać mu szczękę, jak to kiedyś sobie obiecałem. Przesłuchiwał mnie całą noc na Rakowieckiej, paskudny typ. Po latach przeczytam w swoich aktach jego notatkę z tego przypadkowego spotkania. Był więc na służbie do końca. Ciekawe, czy został pozytywnie zweryfikowany. Właściwie nie jest to ciekawe. Już wiem, że nie ma sprawiedliwości. A życie i tak każdego z nas zagryzie osobno, nie wedle zasług, ale swoich pazurów i kłów.
Wtedy też zrozumiałem, dlaczego nawet ludzie okrutnie torturowani po latach nie szukają swoich oprawców. To nie był mój przypadek. Już jestem kimś innym, oprawca jest kimś innym. Ci, którzy się mszczą, dowiadują się, jak gorzki jest smak zemsty.
Z rzeczy bardziej optymistycznych: stworzyliśmy w latach 80. społeczeństwo obywatelskie, w podziemiu, za mocne słowo, raczej pod skórą rozlatującego się systemu.
Notuję w dzienniku, że nasz listonosz z szewcem, do którego nosimy buty, uzgodnili wspólnie, że powinienem kandydować do Sejmu, oni już załatwią mi 3 tys. podpisów. Nasz zawsze trzeźwy szewc był też poetą. Takie to były poetyckie czasy. Jak potoczyły się dalsze losy szewca i listonosza? Czy skorzystali z wolności, może zostali przez nią pokaleczeni?
Dzięki swoim notatkom przypominam sobie, że szykował się też inny wielki przełom, komputerowy. W tych gorących dniach wielkiej zmiany uczę się pisać na komputerze. Nie mogłem wiedzieć, jaka to będzie osobista i światowa rewolucja.
5 czerwca 1989 r. staję przed listami z wynikami wyborów. Wielkie zdumienie i poruszenie. Obok mój synek Daniel, który z kolegami z klasy niezwykle intensywnie brał udział w kampanii wyborczej „Solidarności”. „Przygniatające zwycięstwo naszych. Ludzie stoją w milczeniu”, notuję. Nikt nie krzyczy, nie tańczy, nie wiwatuje, jest w tej radości niepokój i troska o przyszłość. Co dalej? Czy damy radę?
Na tej samej kartce dziennika mieści się jeszcze notatka: „Krwawe zdarzenia w Chinach. Wojsko strzela do studentów i mieszkańców Pekinu”.
U nas nie będzie strzelania, tylko gangsterzy wkrótce zaczną do siebie strzelać, co przyjmiemy ze zrozumieniem. Taka jest cena wolności. Nawet komercja wydawała nam się szansą na postęp. I mamy ją teraz w galopującym rozkwicie. Tyle wolności, że czasami chce się nią rzygać.
Niezwykła kariera uczennicy, która ośmieliła się w szkole powiedzieć premierowi, że jest zdrajcą. Co za odwaga. Aż strach pomyśleć, co grozi tej bohaterce. Jej fotografie mnożą się w mediach, z każdym dniem wygląda bardziej powabnie. Szykuje się zapewne sesja w „Playboyu”. Czy taka jest rola wychowawcza szkoły i mediów?

Wydanie: 24/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy