Lipiec dochodzi do mety

Lipiec dochodzi do mety

Tomasz Lipiec, szef polskiego sportu, to modelowy reprezentant obecnej ekipy. Bez kwalifikacji, a na dodatek z fatalnym życiorysem sportowca złapanego na dopingu i ukaranego dyskwalifikacją. Ze skłonnością do mylenia kasy państwowej z własną, jak choćby w czasie płacenia za biesiady urodzinowe służbową kartą lub gdy zatrudniał nianię swoich dzieci w kierowanej przez siebie firmie. No i z dużą liczbą znajomych o podobnych walorach, szukających szczęścia na państwowych posadach. PiS chciało ich gdzieś poupychać, więc Lipiec upychał. Kierownika basenu na warszawskiej Woli zrobił dyrektorem Centralnego Ośrodka Sportu, firmy dysponującej ogromnym majątkiem. Dziś ten dyrektor, czyli Krzysztof S., podobnie jak jego zastępca Tadeusz M., też zresztą dobry znajomy Lipca, występują bez pełnego nazwiska, bo siedzą w areszcie. Za łapówki! Skok w hollywoodzkim stylu z basenu na fotel dyrektorski skończył się wielkim skandalem. Aresztowani dyrektorzy COS to niejedyni protegowani Lipca, którzy mają ogromne problemy z prawem. Wcześniej szef jego gabinetu politycznego, czyli Marek Różycki, wyłudził
70-metrowe mieszkanie komunalne na warszawskiej Woli. A do tego prokuratura prowadzi dochodzenie w sprawie machlojek w Warszawskim Ośrodku Sportu i Rekreacji w latach 2004-2005, gdy szefował mu właśnie Lipiec. Nie tylko to śledztwo czeka Lipca w przyszłości. Jak w banku ma bowiem sprawę za czystkę w ośrodkach COS na terenie całego kraju i pozbycie się wybitnych fachowców, mających na swoim koncie sukcesy, na rzecz zgrai nieudaczników marnujących nasz wspólny majątek. O mentalności Lipca dobitnie świadczy też mściwość, z jaką wyeliminował prof. Smorawińskiego, jednego z najwybitniejszych na świecie specjalistów od dopingu w sporcie.
Prof. Smorawiński został usunięty za to, że przed laty kierowana przez niego komisja antydopingowa wykryła, że chodziarz Lipiec był naszprycowany w czasie zawodów. Ludzie mało interesujący się sportem nie mogą uwierzyć, że taki człowiek może pełnić jakiekolwiek funkcje publiczne. A jednak. Widocznie w IV RP Lipiec nie odbiega od standardów i oczekiwań PiS, skoro trwa i trwa. I nawet gdy w końcu wyleci, to dwa lata jego rządów na zawsze pozostaną czarną dziurą w historii polskiego sportu. Wpadka goniła wpadkę. Buńczuczne hasła o odnowie moralnej w sporcie okazały się tylko zasłoną dla zwykłej prywaty i łapownictwa. Zapowiedzi głębokiej sanacji rychło przekształciły się w karykaturę prawa i zasad fair play. A człowiek, który miał być lekarzem polskiego sportu, sam dziś potrzebuje pomocy. I to nie medycznej, ale prawnej. Najbardziej potrzebuje dobrego adwokata.
Gdyby Lipiec serio traktował własne hasła, dawno podałby się do dymisji. Tak czy inaczej najgorszy w historii minister sportu dobiega do mety. Przecież nawet PiS nie może sobie pozwolić na to, by z takim trudem wywalczone finały Euro 2012 ugrzęzły od samego początku w morzu niekompetencji i oskarżeń o korupcję.

Wydanie: 28/2007

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy