Zyta Gilowska i szał lustracji

PiS wyprodukowało nową ustawę lustracyjną, zakładającą likwidację Sądu Lustracyjnego, ujawniającą teczki i przyjmującą zasadę, że to urzędnicy IPN będą informować, kto był traktowany przez SB jako „osobowe źródło informacji”, a kto nie. Filozofia tej ustawy była prosta – otwórzmy wreszcie te wszystkie szafy z tajnymi kwitami, a wtedy już nikt nie będzie mógł nimi grać! Skończy się temat!
Kilka dni namysłu wystarczyło, by PiS zaczęło się wycofywać. Bo co to znaczy „otworzyć teczki”? To znaczy, że na światło dzienne wyjdą materiały, które służby gromadziły na temat danej osoby. Także na temat jej życia osobistego, intymnego, także plotki, także zmyślenia. I co? Te śmieci mają być teraz własnością publiczną? Chcemy upokarzać i ośmieszać ludzi, tylko za to, że kiedyś interesowała się nimi bezpieka, a dziś są notariuszami, rektorami, dyrektorami szkół (bo te m.in. grupy mają być lustrowane…)?
A co to znaczy, że jak przeczytamy teczki, to wyrobimy sobie zdanie, kto był agentem SB, a kto nie?
Toczy się właśnie na oczach publiczności proces lustracyjny Zyty Gilowskiej. I czy to kilkudniowe przedstawienie oznacza, że wyrobiliśmy sobie zdanie? Że zmieniły się przekonania obserwatorów procesu? Nie zmieniły.
Ci, którzy uważali Gilowską za agentkę, umocnili się w swoim przekonaniu – bo dowiedzieli się, że fikcyjnych rejestracji w SB w zasadzie nie było, że Gilowska chętnie w towarzystwie przyjaciółki Urszuli (i jej męża, oficera SB) plotkowała. Poza tym oni wierzą, że SB w papierach miała porządek, a esbecy, zeznający przed Sądem Lustracyjnym, chronią swoich agentów.
Równie silne argumenty otrzymali zwolennicy niewinności Gilowskiej. Nie ma przecież jej zobowiązania do współpracy. Ani materiałów pisanych jej ręką. Esbecy mówią, że agentem nie była. A meldunki „Beaty” dotyczą również osób, których Gilowska nie znała. Poważnie wygląda hipoteza, że oficer SB, mąż jej przyjaciółki, zarejestrował ją, bo chciał się wykazać jakimś sukcesem. I że tym samym wplątał ją w straszliwą sytuację.
A jeżeli tak, to ile jeszcze osób, w całej Polsce, wplątanych zostało w podobny sposób?
Nie wiadomo. Ale wiadomo jedno – żadna z nich nie będzie już miała takich możliwości obrony jak Gilowska. Bo gdy zacznie obowiązywać nowa ustawa, IPN umieści jej nazwisko w internecie, a ona sama będzie mogła iść na skargę do sądu cywilnego. Z nadzieją, że za parę lat jakoś się oczyści.
Teraz zaś może jeszcze się bronić – w procedurze karnej, w sądzie, ze świadkami. I z poparciem takich osób jak premier Kaczyński, który jeszcze raz ponowił wobec Gilowskiej ofertę powrotu do rządu. Czyli uważa, że jej teczka była fałszywa.
Oto więc do czego prowadzi lustracyjny szał – teczki setek tysięcy ludzi staną się własnością gawiedzi. A nazwiska będą rzucone na żer. Chyba że dotrą do jakiegoś litościwego oficera SB, który powie, że było inaczej. Bo na Jarosława Kaczyńskiego, jako eksperta od prawdziwości lub fałszywości teczek, radziłbym nie liczyć.

Wydanie: 32-33/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy