Tag "Brazylia"

Powrót na stronę główną
Obserwacje

Przysmak z lasu deszczowego

W poszukiwaniu dzikiego kakao

Beni i La Paz, Boliwia, 1997-2000

Ogólnie rzecz biorąc, Amazonia nie grzeszy subtelnością. Zieleń jest zbyt zielona. Robaki są zbyt robaczywe. Rzeki zbyt gęste. Przesycone wilgocią powietrze wciąga człowieka jak dysząca bestia. Jakby tego było mało, z morza skrajności wynurza się płaskowyż Huanchaca i sięga wyżyn królestwa fantazji. (…) Pierwszym Europejczykiem świadomym ogromu i wyjątkowego znaczenia tego płaskowyżu był Percy Fawcett, który spędził wiele lat w Amazonii, poszukując zaginionego miasta Z, zanim w 1925 r. przepadł bez śladu w tropikalnym lesie. (…) Niezwykła bioróżnorodność – nie wspominając o widowiskowych wodospadach spływających ze zboczy – w latach 70. ubiegłego wieku skłoniła rząd Boliwii do tego, by przekształcić płaskowyż w park narodowy. Orędował za tym przede wszystkim Noel Kempff Mercado, najsłynniejszy boliwijski biolog, który przez całe lata dokumentował florę i faunę Huanchaki.

Ta płaska jak stół i wyniesiona nad dżunglę formacja geologiczna, ciągnąca się wzdłuż granicy brazylijsko-boliwijskiej, to także wymarzone miejsce dla przemytników. W 1986 r. Kempff Mercado i jego ekipa ponieśli tam śmierć z ich rąk, gdy po wylądowaniu na prowizorycznym lotnisku natknęli się na masową operację rafinacji kokainy. Dwa lata później park przemianowano na Park Narodowy Noel Kempff Mercado.

W latach 90. park stał się głównym elementem największego programu kredytów węglowych. Program był pomysłem organizacji Nature Conservancy, która przekonała boliwijski rząd do tego, by zaprzestać wyrębu lasu na terenie parku i zrekompensować sobie utracone dochody sprzedażą za miliony dolarów offsetów węglowych firmom generującym ślad węglowy w innych częściach świata. Zakończenie wyrębu w parku oznaczałoby jednak utratę wielu miejsc pracy i dlatego program przewidywał stworzenie nowych form zatrudnienia dla zamieszkujących go ludzi, które uwzględniałyby zasady zrównoważonego rozwoju. Volker Lehmann (niemiecki ekspert w dziedzinie agroleśnictwa, przez 20 lat pracował w Amazonii) dołączył do firmy Canopy Botanicals, która miała o to zadbać. (…)

Gdy będziesz spacerować po lesie deszczowym w pobliżu granicy Boliwii z Brazylią, spójrz w górę, a zobaczysz wyrastające ponad zielony baldachim giganty. Osiągają wysokość 30 m, mogą liczyć nawet ponad 500 lat i rodzą owoce wielkości kul do bocce, których waga dochodzi do 2 kg. Uważaj, żeby żaden z nich nie spadł ci na głowę. Lepiej poszukaj takiego, który leży już na ziemi, i rozłup go. Wewnątrz znajdziesz kilkanaście orzechów o charakterystycznym klinowatym kształcie, przypominających plasterki pomarańczy i podobnie jak one ułożonych.

To orzechy brazylijskie. Większość z nas kojarzy je z mieszankami orzechów kupowanych w puszkach. Tyle że takie zapuszkowane orzechy w żaden sposób nie oddają wspaniałych właściwości owoców Bertholletia excelsa, czyli orzesznicy wyniosłej. Świeżo zebrane są jednym z największych przysmaków lasów deszczowych. Drzewa orzesznicy wyniosłej można znaleźć jedynie na obszarze przygranicznym między Boliwią, Brazylią i Peru. Nie nadają się do uprawy, ponieważ zapylają je pszczoły storczykowe, które w swoim rytuale godowym zdane są na storczyki. Samce pobierają zapachowe substancje lotne z kwiatów storczyków, a te pozwalają im wabić pszczele damy. Samiec pszczoły bez Eau d’Orchidée niczego nie zwojuje. Pszczoły potrzebują storczyków rosnących jedynie w dziewiczych lasach deszczowych, a orzesznica wyniosła, aby owocować, prócz niezwykle wilgotnego klimatu tropikalnego potrzebuje pszczół. To wszystko oznacza, że habitat takich drzew ogranicza się do ostatnich zdrowych drzewostanów Amazonii.

Orzechy brazylijskie, jako wzorcowy przykład zrównoważonego agroleśnictwa, powinny zatem odpowiednio dużo kosztować. Jednak tak nie jest. Niewielu konsumentów wie dokładnie, skąd się biorą, i rzadko docierają one na międzynarodowe rynki w dobrym stanie, nic więc dziwnego,

Fragmenty książki Rowana Jacobsena Dzikie kakao. Wyprawa do źródeł czekolady, tłum. Aleksander Gomola, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Kto opodatkuje big techy

Czas zapłacić podatki od gigantycznych dochodów

Używając słynnego, choć wyświechtanego powiedzenia, można stwierdzić, że w amerykańskiej polityce ogon macha psem. Tyle że nie bardzo już wiadomo, kto jest w tej metaforze ogonem, a kto psem. Mowa o coraz bardziej symbiotycznej relacji pomiędzy tamtejszymi koncernami technologicznymi a rządem federalnym. Wbrew obiegowej opinii giganci z Doliny Krzemowej nigdy nie byli specjalnie odlegli od Waszyngtonu, bo od początku istnienia takich firm jak Facebook (potem Meta) czy OpenAI wisiało nad nimi widmo regulacji, a nawet rozczłonkowania. Dziś mało kto może o tym pamięta, ale przecież przed wyborami prezydenckimi w 2020 r. jedną z głównych kandydatek do nominacji w Partii Demokratycznej była senator Elizabeth Warren, idąca do Białego Domu pod hasłem „Break Up Big Tech”, czyli podzielenia koncernów technologicznych na mniejsze spółki w celu przywrócenia w tym sektorze gospodarki chociaż śladowej, a dzisiaj nieistniejącej konkurencji rynkowej.

O ile jednak wcześniej waszyngtońskie elity próbowały zachować przynajmniej pozory kontroli nad Doliną Krzemową, w obecnej administracji mamy do czynienia z hołdem lennym. Do tego stopnia, że nie wiadomo, kto decyduje i o czym. Świat z prędkością światła obiegło zdjęcie z ubiegłorocznej inauguracji drugiej prezydentury Donalda Trumpa, gdzie obok siebie stali Mark Zuckerberg, Jeff Bezos, Elon Musk i szef Google’a Sundar Pichai, wszyscy gotowi do pełnej współpracy z nową władzą. Żeby jednak zrozumieć naturę relacji tych ludzi i ich firm z Donaldem Trumpem, trzeba się przyjrzeć współczesnym relacjom państwa z prywatnymi korporacjami. To pomoże odpowiedzieć na pytanie, czy gdziekolwiek na świecie aparat państwowy ma szansę taką relację zdominować.

Europa pod ostrzałem

O tym, że centrum władzy w życiu politycznym przechodzi z sektora publicznego do prywatnego, mówił w wykładzie inaugurującym rok akademicki na Uniwersytecie Stanforda brytyjski historyk prof. Timothy Garton Ash. Przypomniał wówczas, że dawniej w czasach kryzysu szefowie największych amerykańskich koncernów przemysłowych pielgrzymowali po rozwiązania do Waszyngtonu, a teraz kierunek pielgrzymki z reguły jest odwrotny. To decydenci polityczni proszą ludzi z Doliny Krzemowej o znalezienie rozwiązania problemu dezinformacji w czasie pandemii koronawirusa, przełamanie paraliżu inwestycji infrastrukturalnych, przeprowadzenie zielonej rewolucji energetycznej czy, jak obecnie, o wygraną w globalnym wyścigu po sztuczną superinteligencję.

Ten argument w opublikowanej dwa lata temu książce „The Tech Coup” rozwinęła Marietje Schaake, była holenderska europosłanka, dzisiaj również wykładowczyni na Stanfordzie. Główną tezą jej książki jest założenie, że w dzisiejszych czasach suwerenność „wypływa”

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Bastion demokracji walczącej

Dlaczego instytucje w Brazylii wytrzymały atak skrajnej prawicy?

Podobieństwa są tak wyraźne, że trudno uwierzyć w ich przypadkowość. Słusznie, bo chodzi nie o zwykłe zbieżności polityczne, lecz o przykłady strategii realizowanej za pomocą tych samych instrumentów, z tych samych pobudek, choć w dwóch różnych krajach.

Bliźniacze historie

Prawicowy populista dochodzi do władzy legalnie, na fali powolnego rozkładu umowy społecznej, pogłębiania się nierówności oraz spadku zaufania do poprzednich, mainstreamowych formacji. Podczas pierwszej kadencji szybko pokazuje, że nie ma pojęcia o rządzeniu. Antagonizuje zagranicznych sojuszników, osłabia instytucje, nie wierzy w praworządność. Jest przy okazji prezydentem antynaukowym, a że jego rządy przypadają na pandemię koronawirusa, sprzeciw wobec zachodniej medycyny połączony z katastrofalnym zarządzaniem kryzysowym kosztuje życie setek tysięcy współobywateli. Jednocześnie próbuje tworzyć nowy model rządzenia, pozbawiony idei, skrajnie oportunistyczny, nastawiony na zysk. Model ten eksportuje wszędzie, gdzie się da.

Problemy zaczynają się jednak wraz z walką o reelekcję. Elektorat jest zmęczony pandemicznymi kryzysami, chce zmian. Gospodarka się kurczy, inwestycje publiczne stoją w miejscu. Nawet najbogatsi zaczynają wspierać rywali populisty, mimo że wprowadził ulgi podatkowe właśnie dla tych zamożnych, szybko zapominając o swoich pierwotnych, uboższych wyborcach. Urzędujący prezydent może nie jest najwybitniejszym umysłem swoich czasów, ale dynamikę zmian politycznych rozumie doskonale. Wie, że jeśli straci władzę, oznaczać to będzie także utratę parasola ochronnego przed wymiarem sprawiedliwości. Jeśli przyjdą inni, zaczną węszyć. Postawią zarzuty, być może wtrącą do więzienia. Bo materiału im nie zabraknie. Co innego z wolą polityczną, tu istnieją wątpliwości. Wniosek jest jeden, trzeba zrobić wszystko, dosłownie wszystko, żeby przy władzy się utrzymać.

Rozpoczyna się więc dwutorowa kampania (dez)informacyjna. Z jednej strony, podkopujemy wiarygodność niezależnych instytucji państwowych. Jeszcze przed wyborami alarmujemy, że zostaną one sfałszowane, a przygotowania do tego już trwają. Maszyny zostały zhakowane, urzędnicy przekupieni, przeciwna strona nie gra czysto. Z drugiej – mobilizujemy najzagorzalszy elektorat do walki, rozumianej jako walka fizyczna, na śmierć i życie. Pod szyldem obrony państwa i demokracji zagrzewamy do bojkotu ewentualnej nowej władzy. A kiedy najgorszy scenariusz zaczyna się urzeczywistniać, spuszczamy psy ze smyczy. Pozwalamy im zaatakować budynek parlamentu w stolicy, sugerując, że to jeden z tych momentów „teraz albo nigdy”. Rywali trzeba zatrzymać każdym sposobem. Niestety dla prezydenta populisty, to się nie udaje. Władza wraca do mainstreamu, zaczyna się okres rozliczeń.

Do tego momentu możemy

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Jazda w nieznane

Europejski przemysł motoryzacyjny staje się przeżytkiem. Co zajmie jego miejsce? Jeszcze kilka dekad temu były nie tylko symbolem prosperity, ale i powodem dumy narodowej, czegoś na kształt zdrowego gospodarczego nacjonalizmu. Występowały w kultowych produkcjach filmowych, śpiewano o nich piosenki, były szczytami osiągnięć technicznych i estetycznych. Europejskie marki samochodów, bo o nich mowa, przez cały XX w. i kilka lat następnego stulecia stanowiły integralną część tutejszej tożsamości. Oczywiście, że Niemcy rywalizowali z Francuzami, a odpowiedzialni za Fiata Włosi

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Wywiady Zagranica

Brazylijska próba sił

Dekadę temu Lula pokazał, że umie walczyć o przegrane sprawy, dziś musi wrócić do gry i zakasać rękawy Za poprzednich rządów Luli, trwających od 2003 do 2010 r., Brazylia odnotowała średni wzrost PKB 3,8%, z bezpiecznym poziomem bezrobocia – w okolicach 4%. Dziś jednak wszystko musi zacząć od początku. Po latach rządów prawicy przed ekipą jednego z najpopularniejszych polityków świata stoi podobne, jeśli nie trudniejsze zadanie. Jeszcze niedawno los wyborów wydawał się niepewny, 8 stycznia

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Za gorąco na kawę

Katastrofa klimatyczna powoduje migracje nie tylko ludzi, ale też upraw Dla niektórych miejsc na świecie jest tak ważna, że trafiła nawet do potocznego określenia państwa. Mówisz „Kraj Kawy” – myślisz Brazylia. I jest to akurat stereotyp nieodległy od prawdy. Według danych International Coffee Organization (ICO), zrzeszającej kraje, które importują i eksportują kawę, jej największym dostarczycielem na światowe rynki jest właśnie to największe państwo Ameryki Łacińskiej. Stamtąd pochodzi niemal jedna trzecia – 32,16% –

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Co się stało z naszą zimą?

Zadaję to pytanie akurat w dniu, w którym zima – przynajmniej w Krakowie – wróciła. A wcześniej mieliśmy tu nawet jeden śnieżysty tydzień – w grudniu. Ale czy naprawdę nie ma problemu? W moim dzieciństwie nie do wyobrażenia był deszczowy styczeń. Nie zawodzi mnie przecież pamięć, gdy wspominam, jak „pani od polskiego”, poświęcając godzinę lekcyjną poszerzaniu naszego słownictwa, mówiła, że „z gałęzi zwisają okiście”, a słowo „okiście” klasa, patrząc w okno, na głos powtarzała. To było w grudniu i Boże Narodzenie też wtedy było mroźne,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Prawica trzyma się mocno

Nie wolno ulegać złudzeniom. Na Nowy Rok pisałem w tej rubryce, że w świecie idzie może ku dobremu, skoro prezydent Brazylii Jair Bolsonaro nie zakwestionował wyniku wyborów. Myliłem się – 8 stycznia doszło w stolicy tego kraju do tego, czego świadkami byliśmy niedawno w Waszyngtonie. Tym razem obyło się bez ofiar, ale scenariusz był identyczny: pokonany prezydent szczuje, judzi i wzywa do działania, a po tragedii umywa ręce i potępia przemoc, choć jego sprawstwo kierownicze jest oczywiste. Wobec

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Test na odporność demokracji

Atak na instytucje rządowe w Brazylii był dowodem na to, że prawicowy populizm trzyma się dobrze W połowie listopada ub.r. w Mexico City do wspólnego zdjęcia stanęło czterech mężczyzn, których – przynajmniej z wyglądu – więcej łączy, niż dzieli. Tło nie było szczególnie korzystne, bo posłużył za nie słabo oświetlony korytarz jednego ze stołecznych hoteli. Mimo to pozującym do fotografii dopisywały humory, wszyscy czterej szeroko uśmiechali się do obiektywu. Dan Schneider, amerykański producent telewizyjny i prawicowy działacz polityczny,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

A może optymizm?

Mieszkająca z nami w mym dzieciństwie ciocia Stefa lubiła w czas świąteczny powtarzać: „Na Boże Narodzenie przybywa dnia na kurze stąpienie” albo: „Na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok”. Znów minął Nowy Rok i dni robią się dłuższe. Czy zatem dyżurny pesymista może sobie pozwolić na szczyptę optymizmu? Jeszcze przed paru laty było to nie do pomyślenia. Gdy w roku 2010 na Węgrzech zdobył władzę Viktor Orbán, gdy w roku 2015 dyktatorem Polski został Jarosław Kaczyński,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.