Zlatan w wieczności

Zlatan w wieczności

Mała kafejka koło place d’Italie. Popijam białe wino. Przy stoliku z prawej strony siedzi dwóch facetów. Na oko późna czterdziestka, ubrani elegancko. Nie, żeby od razu Armani, ale solidny sznyt burżuazyjno-urzędniczy. Moi studenci powiedzieliby: 14. dzielnica. Nie 16. ani 7., gdzie gnieżdżą się straszni mieszczanie i zgnili arystokraci, ale na pewno powyżej społecznej przeciętnej. Podchodzi kelner. Niestety, nie włada językiem zrozumiałym dla moich sąsiadów. Widząc zamieszanie, spieszę z pomocą. W języku pangermańsko-migowym – klientami okazali się Szwedzi – udaje się nam ustalić zamówienie. Więzy towarzyskie zostały już zadzierzgnięte. Kiedy przyjechali do Francji, co chcieli obejrzeć? – Jak to – dziwią się kawiarniani koledzy – to nie wie pan, że tutaj, w Paryżu, mieszka największy Szwed wszech czasów? Myślę gorączkowo: Bernadotte? Ibsen? Bergman?… Ale oni wszyscy już nie żyją, tymczasem faceci mówią w czasie teraźniejszym. Zresztą Ibsen mieszkał we Włoszech i w Niemczech, a nie we Francji, Bergman bywał tu tylko okazyjnie. Patrzą ze zdumieniem na wyraz intelektualnego cierpienia, który, widać, maluje się na mojej twarzy. – No przecież Zlatan! Zlatan Ibrahimović. Jakże byłem głupi. Status profesora Sorbony, tak mi się przynajmniej wydaje, do czegoś jednak zobowiązuje. Przechodzę więc do kontrataku. – Owszem, Zlatan wspaniały jest, nawet Ronaldo i Messi nie śmią się z nim porównać, ale żeby od razu wszech czasów? Bliższa jest mi – uśmiecham się przymilnie, bo już wiem, że wstąpiłem na śliski grunt – wielka literatura szwedzka: Pär Lagerkvist, Selma Lagerlöf, Artur Nils Lundkvist, Karl Venneberg, mój ukochany Peter Englund… Patrzą na mnie zdumionymi oczyma, jak na jakieś egzotyczne dziwadło. O czym ten żabojad pieprzy?

Nie są bynajmniej kibolami, szalikowcami. Nie biorą udziału w żadnych burdach. Przyjechali po prostu zobaczyć, choćby w podrzędnym meczu ligowym, ale na własne oczy, WIELKIEGO SZWEDZKIEGO RODAKA, który zawojował serca Francuzów, zarabia więcej niż król z Kungliga slottet i którego twarz, skądinąd fajną, szczerą i sympatyczną, oglądają co najmniej 20 minut dziennie na każdym kanale szwedzkiej telewizji (we Francji, licząc reklamy, niewiele mniej). Autobiografia Zlatana sprzedała się w Szwecji w ilości, o której Selma Lagerlöf mogłaby tylko pomarzyć. We Francji wynik był procentowo, uwzględniając pogłowie ludności, nieco niższy, ale i tak Marcel Proust mógłby do mysiej dziury się schować ze wszystkimi nakładami „W poszukiwaniu straconego czasu”. Björn Borg zapewnia („Le Parisien”, 2 grudnia 2014 r.), że Ibrahimović bardziej jest znany na świecie niż sama IKEA! Czy mogę więc się dziwić moim Szwedom z place d’Italie, którzy wybierają się nad Sekwanę, żeby potem mogli powiedzieć dzieciom: widzieliśmy go na własne oczy i słyszeliśmy na uszy własne, jak tysiące Francuzów, ludzi z tego dziwnego narodu, który je żaby i ślimaki i który nie miałby inaczej pojęcia, gdzie znaleźć na mapie Sztokholm, skandowało: „Zlatan, Zlatan, Zlatan!!!”. Wtedy duma narodowa pierś rozpiera i człowiek wie wreszcie, jak dobrze być Szwedem. Czy naprawdę zupełnie inna była motywacja tych tysięcy pielgrzymów – gapiów, którzy tłoczyli się na krakowskich Błoniach, żeby zobaczyć WIELKIEGO RODAKA, a potem skandować: „Zostań z nami. Zostań z nami…”?

Żeby wszystko było jasne. Nie porównuję osobowości, zasług czy przesłania papieża i piłkarza. Rzecz jest tylko o wzbudzaniu namiętności tłumów. Gdyby nie te kilkadziesiąt minut codziennie na szklanym ekranie, moi Szwedzi nie przyjechaliby do Paryża. Podobnie na spotkanie z papieżem nie stawiłoby się tylu spragnionych dowartościowania fanów (przepraszam, wiernych). Gdyby polska telewizja zdecydowała się dzisiaj wylansować Kowalskiego, który pojawiałby się co 10 minut a to w objęciach Bońka, a to w ogrodach watykańskich, za chwilę już u stóp Dody Elektrody, czyż byłby większy od niego POLAK? Taka jest niestety siła mediów, a telewizji przede wszystkim. Podliczając bilans wszystkich programów, naukę czy tę trudniejszą od „X Factora” kulturę odnajdujemy, i to poskrobawszy, w jakiejś nocnej niszy. Zostaje nam sport i Watykan. Ach, przepraszam, są jeszcze tasiemcowe seriale, w których każdy przyzwoity aktor brzydzi się grać, za to jeden ksiądz jeździ na rowerze i zastępuje policję, a drugi ze swej plebanii obdarza miłosierdziem świat cały. W dziedzinie społecznej czy politycznej zawsze te same twarze do ostatecznego znudzenia i wyrzygania. Pospieszalski w polityce, Wołoszański w historii… Jakiś Śpiewak, jakiś Lewicki, Legutko, Terlikowski… Nad nimi w karminie ust, bełkocie wszelkich nauk i w drapowanych szatach bogini unosi się pod obłokami wyrocznia wszelkich redaktorów decydujących o czasie na antenie, wszechobecna prof. Jadwiga Staniszkis. I wtedy, mimo wszelkich pretensji o niedocenienie artystów czy intelektualistów, co polskiej telewizji nadal nie rozgrzesza, wiem wreszcie jedno. Tysiąc, sto tysięcy, milion razy wolę Zlatana Ibrahimovicia.

Wydanie: 50/2014

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy