Polski bigos

Polski bigos

Umówiłem się w pobliżu miejsca, gdzie PiS miało odprawiać swoje rocznicowe obrządki religijno-polityczne. Zmieniłem w pośpiechu termin, by nie znaleźć się w aurze, która się unosi nad takim zgromadzeniem.
Potem w telewizji widziałem zdumiewające powtórki z historii. Czterdzieści parę lat wcześniej, w roku 1968, przez Polskę przechodziła fala strajków studenckich, a Gomułka ględził, jak to on, do partyjnego aktywu w Sali Kongresowej; transparenty na sali zupełnie odjazdowe. Ale czy lepsze dzisiaj pod Pałacem Prezydenckim w smoleńską rocznicę? W roku 1968 aktyw zaczął nagle skandować: „Gierek, Gierek!”. Żołądek musiał towarzyszowi Wiesławowi podejść do gardła, wiedział, że coś się szykuje, ale to coś przyjdzie dopiero w Grudniu, za dwa lata.
Kiedy prezes przemawiał, niespodziewanie tłum prawdziwych Polaków począł skandować: „Antoni, Antoni!”… Czyżby rósł prezesowi konkurent?
Prezes bawi się ogniem i prędzej czy później od ognia zginie. Żeby wygrać wybory, uruchamia „przemysł fikcji” – wszędzie kramiki, gdzie posilają się głodni spiskowej historii dziejów (że Tusk winien złej pogody) i wyznawcy całkowitego upadku Polski.
Pytanie, czy prezes wierzy w to, co głosi, jest bez sensu, bo sam już nie wie. Pogubił się. Ważne dla niego tylko, czy jest skuteczny.
Napisałem „przemysł fikcji”, kopiując świadomie określenie „przemysł pogardy”. Są wedle PiS fabryki kłamstwa, takie jak „Gazeta Wyborcza” i TVN. A gdzie ja się lokuję? Mam jedynie malutki jednoosobowy biznesik pogardy. Nie czuję się politycznie związany z kimkolwiek, za to jak najbardziej ze zdrowym rozsądkiem. Nie gardzę ludźmi, którzy dali się oszukać, oszustami jednak tak. Podobnie jak w Polsce Ludowej gardziłem funkcjonariuszami kłamliwej propagandy. Młodzi, którzy nie znają tamtego zjawiska, niech sobie teraz posłuchają rosyjskiej telewizji, to właśnie jest to. Ale też wystarczy nabyć ojczyste pisemko o pisowskiej orientacji. Ileż tam atrakcji, chociaż wieje też grozą.
Nie do wiary, nawet niektórzy moi bliscy – na szczęście niewielu ich, może dwóch – weszli w świat fikcji smoleńskiej. Wiem, jak bardzo skotłowało ich życie, jak czują się zmarginalizowani, a też jak wielkie mają ambicje. Im dłużej żyję, tym wyraźniej widzę, że ludzie są zrobieni przede wszystkim z ambicji. I z różnych kamuflaży, że to niby nie miłość własna, ale miłość do innych. Wejdą w sojusz nawet z diabłem, by istnieć, pokazać się w telewizji. Usprawiedliwiając siebie, przełykają nawet monstrualne bujdy, w które zaczynają wierzyć.
Tak, oni są we wszystkich partiach, polityka ich przyciąga, a gniew i bunt upokorzonych to odwieczny napęd wielkich i malutkich ruchów społecznych. Polska potrawa narodowa to na dodatek bigos, socjalizm staje się w nim narodowy, podobnie jak Kościół, sam zaś naród jest wiecznie ofiarą historii. Jest w tym zwyrodniałe myślenie romantyczne, jednak bez wielkich poetów, więc bez formy i bez sensu.
Myślałem o tym, oglądając cztery filmy Andrzeja Wajdy, wszystkich jego „ludzi”, począwszy od „Człowieka z marmuru”. I „Bez znieczulenia” z wielką rolą Zapasiewicza.
Gdyby nie wyższa konieczność, nie odważyłbym się oglądać tylu filmów za jednym zamachem. Miałem jednak współprowadzić w kinie Atlantic spotkanie z reżyserem i z jego aktorami. Filmy zostały pokazane uczniom liceów, którzy byli potem na spotkaniu. Wspaniała lekcja historii i kina.
Gdy ogląda się te filmy chronologicznie, układa się opowieść, polski los. Nie doceniamy, jak gigantyczną pracę wykonał Wajda, od swoich pierwszych filmów do ostatniego.
W czasie projekcji zaznałem burzy emocjonalnej, fikcja mieszała mi się z rzeczywistością, historia z własnymi wspomnieniami, a aktorzy z ludźmi. Znam od wielu lat Wajdę i jego żonę, także kilku jego słynnych aktorów; byliśmy tacy młodzi.
W sierpniu roku 1980 wysiadałem z takiego samego śmierdzącego wagonu jak Marian Opania (Winkel; siedzi teraz obok mnie na spotkaniu), by iść do stoczni z listem artystów i intelektualistów solidaryzujących się ze stoczniowcami. Ten list zobaczyłem dopiero w „Człowieku z nadziei”.
Wajda przypomniał, jak pod koniec filmu „Człowiek z żelaza” kazał oficerowi SB mówić, że to się źle skończy, że podpisanie umów sierpniowych jest nieważne, że nastąpiło pod presją. „I tak się stałem prorokiem”, powiedział reżyser, śmiejąc się.
Jestem świadkiem, że był prorokiem uparcie i konsekwentnie. Tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego, dzień, może dwa wcześniej, późnym wieczorem Wajda przyszedł do regionu „Solidarności”, gdzie pracowałem. Pustki, trafił właśnie na mnie (kierownictwo związku obradowało już w Gdańsku). Reżyser był wściekły, że brakuje kontaktu, że nie ma z kim rozmawiać (nie istniały telefony komórkowe), ostrzegał: „Oni to zaraz zrobią”. I zaraz zrobili.
Kiedy słynnej nocy ślizgałem się małym fiatem po mroźnej Warszawie i budziłem ludzi, mijając dom Wajdy na Żoliborzu, czułem, że gram w filmie, który kręci właśnie o tej nocy. Ale nie odważyłem się wieszcza obudzić, by powiedzieć: „Wypełniło się proroctwo”. Bałem się, że to może zepsuć film.

Wydanie: 17-18/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy