Kogucia bitwa na lewicy

Kogucia bitwa na lewicy

Kogut ci ja najpiękniejszy z całej lewej grzędy. A ja najsilniejszy i mam bardziej czerwony grzebień. Tak można by opisać rywalizację Leszka Millera i Janusza Palikota o przyszłe przywództwo na lewicy. Zapowiada ona długą, wyniszczającą wojnę i klincz paraliżujący szansę na skuteczną konkurencję z PO. Stan lewicy po mobilizacji na 1 Maja jest taki sam jak przed Świętem Pracy. Ale lepszy niż przed rokiem. Byłby więc powód do małego optymizmu, gdyby nie ciągłe pyskówki między liderami i między ich najwierniejszymi żołnierzami. Nic dziwnego, że nawoływanie do współpracy i szukania obszarów, które łączą SLD i Ruch Palikota, nie może się przebić w tym jazgocie. Wina jest po obu stronach. Obie partie są tak skonstruowane, że działaczom bliżej do epitetów niż do dysput programowych. Piszę o tym z przykrością, bo ci z partii, którzy są kompetentni, jakby nie istnieli. W zasadzie są niesłyszalni. Dali się zmarginalizować. Nie mają więc wpływu na kierunek, w którym ich ugrupowania płyną. Odgrywają rolę pożytecznych, bo dekoracyjnych, paprotek. Narzekają na swój los, ale po cichu.
W ciągu paru lat prawie wszystkie polskie partie stały się partiami wodzowskimi. Z wodzami na tyle słabymi, że utrzymanie władzy jest powiązane z nieustannym wyrzucaniem co ambitniejszych konkurentów. Można to nazwać wypłukiwaniem, ale lepiej prywatyzowaniem i przejmowaniem partii przez grupy interesów. Uzasadnia się te działania potrzebą osiągania większej sprawności. Jest to bałamutne, bo trust mózgów z własnej partii, czyli ludzi mających motywację nie tylko materialną, zawsze będzie miał przewagę nad zaciężnym zespołem fachowców wynajętych tylko do konkretnych zadań. A poza tym wiadomo, że jeśli chce się znacząco osłabić partię wodzowską, trzeba systematycznie atakować jej lidera, który zwykle nie ma w pobliżu równie popularnego delfina. Ubity lider to głęboki kryzys w takiej partii.
Spory na lewicy o to, kto dziś jest prawdziwą lewicą, są równie bezsensowne, co spory o to, kto jest prawdziwym Polakiem czy prawdziwym patriotą. Wystarczyłoby trochę poczytać o czasach, kiedy lewica była skłócona i podzielona, a rząd dusz sprawowała prawica. A jeśli czytanie męczy, można popatrzeć na widowiskowy bój Kaczyńskiego z Ziobrą o prymat na prawicy. Lewicowości ani prawicowości nie da się zadekretować i przypisać sobie. Jest zmienna, zależy od warunków zewnętrznych, a przede wszystkim od wyborców. I od umiejętności jak najlepszego zdefiniowania nastrojów i potrzeb wyborców zależy sukces polityków i partii. Niestety, od paru lat SLD wykazywał się w tej dziedzinie niebywałą indolencją. Proponowane sztuczki propagandowe miały tak mało polotu i wdzięku, że tylko ich twórcy wierzyli, że lud to kupi. Bywa, że lud kupuje byle co, ale gdy się zorientuje, że został oszukany, to biada sprzedawcom kitu. Lewica, ktokolwiek za nią by się uważał, marnuje swoją szansę, bo jest już w Polsce popyt na zmiany. Na zmiany idące w stronę rozwiązań stosowanych przez europejskich socjaldemokratów i socjalistów. Nie sądzę jednak, by po 1 Maja ten popyt rychło mógł zostać zaspokojony.

Wydanie: 19/2012

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy