Od Lizbony do Luksemburga

Od Lizbony do Luksemburga

Znawcy muzyki, a i ludzie obdarzeni po prostu dobrym gustem, na pewno będą oburzeni, ale – przyznaję się bez bicia – oglądałem ostatnio w telewizji piosenkarski konkurs Eurowizji. Kubę Wojewódzkiego proszę o przebaczenie – takie fanaberie zdarzają mi się od czasu, kiedy wygrała w nim ABBA, która jest do dzisiaj – tutaj znowu, błagając o wyrozumiałość, padam przed Kubą na kolana – jednym z moich ulubionych zespołów. Konkurs Eurowizji polega na tym, że z kilkudziesięciu krajów przyjeżdżają młodzi wykonawcy, odśpiewują przygotowany na tę okazję utwór, a jury tych kilkudziesięciu krajów plus publiczność wybierają swojego faworyta. Dostaje on nagrodę pieniężną, Eurowizja wydaje mu płytę i ją reklamuje, a następny konkurs odbywa się w kraju pochodzenia zwycięzcy. To ostatnie jest szczególnie ważne, gdyż przy okazji popisów wokalnych Eurowizja z rozmachem promuje ów kraj, co jest podobno przeliczalne na duży napływ turystów, czyli w konsekwencji pokaźną sumę pieniędzy.

Nic dziwnego, że kraje uczestniczące w konkursie nie szczędzą wysiłków, by zapewnić sobie sukces. Odbywają się wielostopniowe eliminacje. Krytycy muzyczni wtrącają swoje trzy grosze, eksperci sugerują, jakie tendencje będą w danym roku najlepiej przyjmowane. Czasami, jak w sporcie, kaperuje się piosenkarza z innego kraju, żeby reprezentował cudze barwy. Polska od czasów Edyty Górniak (drugie miejsce) znaczących eurowizyjnych sukcesów nie odniosła, choć dwa czy trzy razy w ciągu ostatnich 30 lat udało się naszym reprezentantom zakwalifikować do finału z udziałem dwudziestu paru nacji. Krótko mówiąc, narodowa piłka nożna między Górskim i Piechniczkiem a Nawałką. Oj, słabiutko, słabiutko, ale ostatecznej kompromitacji jeszcze nie było.

W tym roku konkurs Eurowizji odbywał się w Portugalii. Z Polski przyjechało nań dwóch chłopaczków (nazwisk z litości nie przytoczę) – jeden solista i drugi robiący za chórek. Już podczas eliminacji przerażony komentator francuski zawołał: „Ależ to jest rekord do księgi Guinnessa w ilości fałszów!”. Czy wystarczyłoby na księgę – nie wiem. Jeżeli jednak nawet ja słyszałem, że solista fałszuje niemiłosiernie, to Kuba Wojewódzki może w ciemno poświadczyć, że najlepiej być nie mogło. Poza tym sama piosenka była beznadziejna, choreografia fatalna i od fryzur po obcasy wszystko chybione. Wojciech Młynarski mógłby nadaremnie pytać, „co by tu jeszcze spieprzyć, panowie?”. Myślę, że już nic by się nie dało.

Do naszych śpiewaków mam akurat najmniejsze pretensje. Lizbona jest prześlicznym miastem, a i cała Portugalia krajem narkotycznym (zamierzam tam nawet się przenieść na bliską starość). Sicho szemrząc, Tag wlewa się do Atlantyku, cieplutko, w Estoril otwierają kasyna, w Alfamie fado przez całą noc. Żyć nie umierać (jeszcze jeden powód do przeprowadzki na starość)! Skoro więc podróż fundują, dobry hotel opłacili, głupi byłby, kto by nie pojechał. A jeszcze bufet festiwalowy dobrze zaopatrzony, od pięknych dziewczyn aż się roi, diety do kieszeni, jakieś znajomości się nawiąże… Tak więc naszych głosodawców, z zaszczytnym tytułem piosenkarz jednak bym się wstrzymał, doskonale rozumiem. To samo dotyczy ekipy towarzyszącej: pana prezesa, tłumacza, księgowej, zastępcy prezesa, jego kolegi i kolegi kolegi zastępcy prezesa. Już w XVII w. odnotowana jest narodowa maksyma: „Kiedy dają, bierz, a jak biją, uciekaj”. Jest ona w pełni zrozumiała i zgodna z człowieczą psychiką. Problem w tym tylko, kto daje (dziwne mam takie przeczucie, że to z naszych podatków) i za co.

Od kilkudziesięciu lat jako nostalgiczny emigrant obserwuję polskie stoiska na międzynarodowych imprezach. Może chodzić o komputery, medykamenty, ofertę turystyczną, meble, nowinki techniczne – infrastruktura będzie zawsze ta sama: chłopcy i dziewczęta w góralskich albo łowickich strojach serwujący barszczyk, żurek, pierogi i schaboszczaka. Dalej wyobraźnia propagatorów polskiej kultury nie sięga. Skutkiem są kolejne triumfy eurowizjopodobne. Jest w tym oczywiście również pozytywny aspekt. Kiedy bowiem Czartoryscy będą sprzedawać ostatnie przebywające w Polsce skarby kultury, a będą próbowali, bo ród to wielki, czyli wielce na gotówkę łasy, a sprzedaż okraszą tak ukochaną przez prezydenta Dudę góralską muzyką, to potencjalni kupcy w popłochu uciekną z licytacji i narodowi może coś się ostanie. Bezprawny książę (bo tytuły rodowe zniosła II Rzeczpospolita) kombinujący w Luksemburgu to jednak rzecz wyjątkowa w kulturze polskiej.

Na co dzień chachmęcą w niej prezesi i ich koledzy, nawet nie półhrabki. Więc może w ramach państwa prawa i transparentności (cóż za ohydne słowo) poznalibyśmy nareszcie ich nazwiska. Gliński – owszem, słyszałem (zdaje się, że specjalizuje się w teatrze), ale co dalej? Kto daje, a kto ucieka? Kogo gonią, a komu, co znacznie ciekawsze, dają znowu?

Wydanie: 22/2018

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy