Jeszcze o Ukrainie

Jeszcze o Ukrainie

Zbig Brzeziński powiedział ongiś, że Rosja bez Ukrainy nie może być mocarstwem. Zdanie to powtarzają jak mantrę prawie wszyscy polscy politycy, zakładający, że im Rosja słabsza, tym Polsce lepiej. W konsekwencji popieramy w Kijowie każdy ruch antyrosyjski (a mniejsza z tym, że przy okazji antypolski), żeby wbić kij między Rosję a Ukrainę. Tyle że każdy kij ma dwa końce. Jeżeli my chcemy wykorzystywać Ukrainę antyrosyjsko, jest chyba usprawiedliwione, zrozumiałe i logiczne, że Rosja stara się grać inną kartą i przeciwdziałać naszym usiłowaniom, w czym nie ma żadnej „hańby rosyjskiej”, jak to patetycznie i mocno przesadnie tytułowała „Gazeta Wyborcza”.

Różnica zasadza się na tym, że dla Rosji Ukraina jest najbliższym partnerem związanym z nią historycznie, gospodarczo czy religijnie, a dla Europy z Ameryką w tle tylko pionkiem na szachownicy międzynarodowej rozgrywki. Tak naprawdę nikt w Unii Europejskiej Ukrainy we Wspólnocie nie chce. Już w tej chwili podnoszą się głosy, nie tylko na ekstremach, że Europa zawędrowała za bardzo na wschód. Dobitne wypowiedzi premiera Anglii o polskich imigrantach czy władz francuskich o Romach (co obejmuje wszystkich Bułgarów, Rumunów, a nawet Węgrów) nie są żadnym politycznym lapsusem. Włosi skłonni są rozwiązać problem Lampedusy tylko jako przystanku tranzytowego. Ewentualnie wyłowimy rozbitków z morza, ale pod warunkiem że wyniosą się gdzie indziej. I sam papież Franciszek nie pomoże. W dobie rosnącego bezrobocia i realnego zubożenia, których nie daje się powstrzymać, wizja 45-milionowej Ukrainy, której mieszkańcy mieliby wolny wstęp na europejski rynek pracy, budzi paniczny strach przeciętnego Francuza czy Anglika, a więc wyborcy, z którego opinią demokratycznie wybrane władze muszą się liczyć. Na dzisiaj więc koncepcja Ukrainy we Wspólnocie jest realnie nie do przyjęcia i nie wchodzi w ogóle w grę w europejskim rozumowaniu. Za trzydzieści parę lat, jak dobrze pójdzie.

Kontrowersyjna Turcja jest o parę lat świetlnych bliżej Europy niż Ukraina, choć i w jej przypadku szanse są minimalne. Ciekawym zresztą, co powiedzieliby polscy politycy, tak chętnie prezentujący się na Majdanie, gdyby nagle granica z Ukrainą została otwarta i musieliby się szykować na parę milionów gości, w tym mających niekiedy słuszne prawa do hektarów w Bieszczadach, w Przemyskiem, Krośnieńskiem albo na Chełmszczyźnie. Gramy więc oszukańczego pokera, w którym Ukraina ma być drzazgą wsadzaną w tyłek niedźwiedzia, tyle że za tę usługę nie mamy najmniejszego zamiaru zapłacić, z ewentualnym wyjątkiem paromiliardowej jałmużny obwarowanej licznymi warunkami.

Im mniej mamy realnych argumentów, na tym efektowniejsze konie wsiadamy. Zgoda na powrót Krymu do Rosji miałaby być nowym Monachium 1938 r. Jak większość paralel historycznych i ta jest funta kłaków niewarta. Już choćby z tego powodu, że nieporównywalne są relacje czechosłowacko-niemieckie w 1938 r. i rosyjsko-ukraińskie w 2014 r., w Pradze A.D. 1938 nie nastąpił żaden zamach stanu, który zagrażałby niemieckim interesom w Czechosłowacji etc., etc. Kto zna rudymenta historii, może sobie tych etceterów dowolnie doliczyć. Gdzie Rzym, gdzie Krym (no właśnie…), a gdzie karczmy babińskie. W rzeczywistości mamy na Ukrainie do czynienia z trzema opcjami. Pierwszą: nacjonalistyczną – antyrosyjską, antypolską i antyeuropejską (acz koniunkturalnie proniemiecką). Niechaj będę złym prorokiem, ale właśnie ta trzecia obudzi się z wielkim dziejowym kacem. Europa i Ameryka być może kiwną palcem, ale poza ruch kciuka nie wyjdą. Sankcje wobec Rosji? Już w tej chwili prasa niemiecka ocenia, i słusznie, że większe straty przyniosą one Wspólnocie niż Moskwie.

A gdyby tak – to rzecz jasna moje szaleńcze marzenie – przestawiła się polityka polska na porozumienie z Rosją i w jego ramach szukała rozwiązania niekiedy bardzo bolesnych ukraińskich zaszłości? W logarytmach międzynarodowych polityk wydaje mi się to jedynym racjonalnym wyjściem. Niestety, Rosjanie zabili Traugutta, nie pospieszyli na pomoc powstaniu warszawskiemu, a kto śmie zapomnieć o rzezi Pragi (acz na Wołyniu była straszliwsza)… Fobie są zawsze silniejsze od rozsądku. Żebyśmy zaś się czuli wesoło i bezpiecznie, na razie ucierpi na tym tylko Ukraina. To w tej mierze osiągnęliśmy narodową jednomyślność? Dziękuję państwu, ale ja wysiadam.

 

Poprzednie felietony na www.przeglad-tygodnik.pl

Wydanie: 14/2014

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy