Splot

Splot

Obejrzałem „Kler”. Nie jest to film wybitny, ale dobry i mocny. W ten świat się wierzy. I wychodzi się z kina w gniewie na Kościół. Na pewno jest to ważne wydarzenie społeczne. Spodziewam się teraz efektu #me too, wielu ujawnień pedofilii kapłanów. Bogactwo hierarchów zawsze irytowało i oburzało. Powszechność alkoholizmu wśród księży też nie jest tajemnicą. Nie jest tajemnicą wysysanie pieniędzy od biednych wiernych. Ani antysemityzm w mowie kapłanów. Problem w tym, że Kościół przedstawiony został jako organizacja półmafijna, powiązana z politykami – tego PiS i prawica nie wybaczą. A Polacy szturmem rzucili się na kina, jakby od dawna wzbierała fala. Zbiegło się to z walką papieża Franciszka z pedofilią. Powstał mocny splot. Kościół i prawica wściekłe, bo bezradne. Jak mogło do tego dojść? Jeśli porządzimy dłużej, coś takiego będzie niemożliwe.

Sam miałem tylko dobre doświadczenia z księżmi, ale jakże były one elitarne. Przyjacielem naszego domu był ksiądz poeta Jan Twardowski, jeździłem nawet do niego na prywatne lekcje religii. Bliscy byli poeta ksiądz Janusz Pasierb i poeta ksiądz Janek Sochoń, który udzielał nam ślubu w kościele Wizytek. I bliski mi jest duchowy opiekun artystów – ksiądz Wiesław Niewęgłowski. Po stanie wojennym podróżowałem po całej Polsce ze swoimi politycznymi wierszami, byłem w wielu kościołach, zawsze serdecznie przyjmowany, ale to był szczególny czas, jednoczył nas wspólny wróg. Raz tylko, bodaj w kościele w Sopocie, ksiądz dał mi kolację i plótł monstrualne antysemickie bzdury, siedząc pod obrazem Matki Bożej, Żydówki. A z drugiej strony: moja pierwsza żona była dzieckiem, gdy w czasie spowiedzi dostała nieprzyzwoitą propozycję od księdza. Moja dobra znajoma niedawno romansowała z księdzem, który był alkoholikiem. Jak się tak poszpera wokół, to aż kipi. Niektórzy – jak Kaczyński – uważają, że bez Kościoła Polak rozpadnie się moralnie. Inni są pewni, że ten typ religijności, płytkiej i często fałszywej, zabiera pole innej, zdrowszej moralności, która mogłaby powstać. Jedno jest pewne – laicyzacja Polski przyśpiesza.

Media donoszą, że prezydent Duda i PiS chcą na fali wzmożenia patriotycznego odbudować w Warszawie pałace Saski i Brühla. Nareszcie coś pisowskiego, z czym mogę się zgodzić, co mi się podoba. Nowa architektura nie ma urody i wdzięku starej. A kto dzisiaj przejmuje się tym, że Starówka czy Zamek Królewski zostały zrekonstruowane? Stoją, jakby stały zawsze. Warszawa ciągle krwawi po wojnie.

Nasz miniony już wiek XX obfitował w dramaty, a jednak porażka architektury – nawet jak na ten dramatyczny wiek – należy do wydarzeń niezwykłych, rozgrywa się w wielkiej ciszy, w luksusie nowych, niebywałych technologii i materiałów. Jeśli ktoś nie wierzy w porażkę współczesnej architektury, niech pomyśli, w jakim mieście chciałby mieszkać, gdzie chciałby spacerować i spotykać się ze znajomymi. Przecież nie na warszawskim Bemowie, ale na starym Krakowskim Przedmieściu. I wszędzie, gdziekolwiek jestem, od Lizbony po Moskwę, widzę, jak coraz większy tłum ludzi próbuje przytulić się do coraz mniejszych ocalałych skrawków prawdziwego miasta, czyli miasta z innej epoki. Jak do tego doszło?

Od wieków naczyniem dla architektury był kwartał. Tam powstawały podwórka, nie zawsze higieniczne, często ciemne. Gdy drożały grunty, a miasto rosło wzwyż, podwórka zmieniły się w ponure studnie. Wtedy nastąpiła rewolucja w architekturze, zburzono tradycyjną ulicę, powstały miasta satelitarne, a ich późnym i chorym wnukiem staną się dzielnice z wielkiej płyty. Jak widać, za każdą rewolucję trzeba zapłacić. I to słono. I nie tylko Le Corbusier jest winny, chociaż ze złośliwą przesadą można go nazwać Marksem architektury. Już nieżyjący Jerzy Sołtan, który przez lata pracował u słynnego Corbu, opowiadał mi, jak po wojnie prosto z oflagu pojechał do Paryża, do swojego mistrza. Le Corbusier osobiście otworzył mu drzwi, poprawiając okulary krótkowidza, popatrzył na wysokiego przybysza z dołu i powiedział: „Tak, to Sołtan! Ale pan jest przecież za duży, za wysoki”. Mistrz był w trakcie tworzenia nowego systemu wymiarowania i wzrost Sołtana psuł mu schemat. Politycy uwierzyli, że wystarczy pragmatyzm i teoretyczna wiedza, jak powinni mieszkać ludzie, domy stały się maszynami do mieszkania, a dzielnice mieszkalnymi fabrykami. Nowa architektura jednak się humanizuje i szuka nowego języka. Jest więc nadzieja. Stanowczo za mało myślimy i mówimy o architekturze, w której przecież żyjemy. W kampanii do wyborów samorządowych też o niej cicho.

Wydanie: 41/2018

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy