Utrata zaufania

Prawo i obyczaje

Upadek obyczajów jest ciężką plagą czasów dzisiejszych. Bardzo dotkliwie daje się nam we znaki zwłaszcza poczucie, że coraz mniej jest ludzi, których możemy darzyć pełnym zaufaniem. Nagminnie są łamane przez naszych bliźnich reguły, od których zależy nasz los w wielkich i małych sprawach. Czy nie ma już ludzi, na których można polegać jak na legendarnym Zawiszy?
Życie w społeczeństwie, w którym nikt nikomu nie może ufać, jest po prostu koszmarem. Tak było w czasach panowania wielkich despotów, w państwach policyjnych, gdzie obywatele byli podsłuchiwani i śledzeni przez konfidentów. W PRL-u tajni współpracownicy Służby Bezpieczeństwa żyli wśród nas, cieszyli się wielkim zaufaniem i dopiero po zmianie ustroju zostali ujawnieni (nie do końca!). Jesteśmy dziś jako społeczeństwo moralnie z powodu tych ludzi okaleczeni.
System każdego państwa policyjnego opiera się na donosicielstwie i prowokacjach. Skuteczność tych zachowań wynika jednak z nadmiernej, naiwnej ufności, jaką żywimy do współziomków w czasach niespokojnych. Tak było w okresie okupacji niemieckiej, a później w latach komunistycznych prześladowań. Nie byliśmy w tej otwartości wobec innych ludzi jakimś wyjątkiem wśród narodów Europy, zwłaszcza słowiańskich. J. Conrad opisał w swej powieści „W oczach Zachodu” losy rosyjskiego konfidenta carskiej Ochrany, Kiryła Sidorowicza Razumowa, który spowodował aresztowanie i skazanie na śmierć swego kolegi, a następnie przez długi czas denuncjował rosyjskich rewolucjonistów, uchodząc za jednego z nich.
W naszej współczesnej historii mieliśmy swego Razumowa w osobie Lesława M., byłego dziennikarza „Gazety Wyborczej”, który nie był wprawdzie sprawcą tak ohydnego czynu, ale wykorzystując ufność, jaką żywili do niego koledzy, informował o ich poczynaniach Służbę Bezpieczeństwa. Conradowski Razumow przyznał się w końcu dobrowolnie do swej agenturalnej działalności, ale nasz bohater na taką odwagę zdobył się dopiero wtedy, gdy został zdemaskowany. Jego życie naznaczone zdradą to fascynujący temat godny pióra Conrada czy Dostojewskiego. On tak samo jak Razumow sprzedał dla kariery swą duszę.
Łatwowierność jest ciężką wadą w czasach walk o niepodległość, wojen, rewolucji itp. W okresach pokoju wielką natomiast wartością jest poczucie zaufania, że ludzie są z natury życzliwi i uczciwi. Często jednak ta wiara jest nadużywana przez ludzi niegodnych. Tak było nawet w tzw. dobrych czasach, kiedy poziom moralny społeczeństwa był wysoki. Zawsze plagą życia codziennego było niedotrzymywanie zobowiązań przez niesłownych kontrahentów (np. rzemieślników). Pisali o tym już ponad 30 lat temu wybitni badacze moralności. Władysław Witwicki mówił, że jest to „wada nagminna” („Pogadanki obyczajowe” Warszawa 1972, s. 164). Podobnie Maria Ossowska piętnowała zachowania, które zagrażały potrzebie ufności w tamtych czasach, gdy nie można było tak jak dziś „iść do wagonu restauracyjnego bez niepokoju o walizki pozostawione w przedziale czy beztrosko załatwiać sprawunki w sklepie, pozostawiwszy rower oparty o ścianę” („Normy moralne. Próba systematyzacji”, Warszawa 1970, s. 113).
Rzecz ciekawa, że słowo „zaufanie”, które tak bardzo się zdewaluowało w naszym obecnym życiu codziennym, nabrało szczególnego znaczenia w życiu publicznym. Osoby decydujące o obsadzie wysokich stanowisk bez pardonu wyrzucają podwładnych, powołując się na samą utratę zaufania do nich. Nie liczą się zasługi zwalnianego, nie są brane pod uwagę jego wyjaśnienia. Szef utracił zaufanie. Basta!
W orzecznictwie Sądu Najwyższego dawno już utrwalił się pogląd, iż podstawą zwolnienia z pracy nie może być utrata zaufania oparta jedynie na subiektywnych przesłankach, a nie na podstawach obiektywnych. Jedynie wyjątkowo, gdy zaufanie jest niezbędne na stanowisku wymagającym dyskrecji, np. przy załatwianiu spraw objętych tajemnicą państwową, odwołanie z tej funkcji człowieka, któremu szef przestał ufać, jest usprawiedliwione.
Źle się dzieje, że stosunki między przełożonymi a podwładnymi upodabniają się w naszych czasach do relacji, jakie istniały niegdyś w społeczeństwach feudalnych. Wasal, który tracił zaufanie swego pana, nie mógł pozostawać w służbie i nie przysługiwała mu żadna obrona przed autokratyczną decyzją feudała (szefa, jakbyśmy dziś powiedzieli). Relikty tamtych obyczajów trwają dziś m.in. w hierarchii kościelnej. Piastowanie urzędu kościelnego opiera się na autokratycznym zaufaniu zwierzchności kościelnej, której decyzje są niewzruszalne. W książce Tadeusza Brezy pt. „Urząd” opisany został dramat, jaki spotkał adwokata pozbawionego prawa występowania w sądzie kościelnym z bliżej nieokreślonych powodów. Kiedy jego syn udał się do Rzymu, by uzyskać zmianę decyzji, usłyszał od wysokiego hierarchy Kurii Rzymskiej: twego ojca spotkało wielkie nieszczęście, utracił zaufanie swego ordynariusza. Roma locuta, causa finita.
Szczególnie szkodliwe jest nieumiarkowane szafowanie dymisjami w prokuraturze. Decyzje takie budzą nadzieję na bezkarność w świecie przestępczym. Wiele negatywnych komentarzy wywołała decyzja o odsunięciu ze stanowiska p.o. szefa Prokuratury Apelacyjnej w Łodzi, prokuratora mającego wybitne osiągnięcia w kierowaniu wydziałami do spraw przestępczości zorganizowanej. A czy konieczna była dymisja sprawnego szefa Prokuratury Apelacyjnej w K., dlatego tylko, że zaniedbał wyjaśnienia pani minister Piwnik, skąd wziął środki na kupno drogiego samochodu? Padł ofiarą „utraty zaufania” szefowej, co mogło oznaczać, że stał się podejrzany o nielegalne zarobki lub o coś jeszcze gorszego (kontakty ze światem przestępczym).
W okresie wczesnego PRL-u ludzie, którzy dorabiali się choćby syrenki, musieli spowiadać się ze swych dochodów w urzędach skarbowych. Jako właściciele samochodów byli automatycznie podejrzani o działania na szkodę ludu pracującego miast i wsi. Na nich spoczywał ciężar dowodu, że nie byli przestępcami. Stare wraca!
W cywilizowanych państwach ludzi piastujących stanowiska publiczne nie wyrzuca się pochopnie z urzędów. Haniebne czystki na szczytach władzy odbywały się systematycznie w czasach stalinowskich. Władza radziecka nie miała zaufania do nikogo, nawet do siebie…
Starożytni Rzymianie byli bardziej oględni w stosowaniu dymisji niż ludzie współcześni. Nawet za błędy umyślne dowódców swych wojsk wymierzali kary umiarkowane, a za błędy nieświadome nie karano ich wcale. Rzymianie uważali, że ludzie stojący na czele ich armii powinni mieć umysł swobodny i nieskrępowany żadną obawą, a więc zdolny do podejmowania najbardziej słusznych decyzji (N. Machiavelli „Rozważania nad pierwszym dziesięcioksięgiem historii Rzymu Liwiusza”, „Wybór pism”, Warszawa 1972, s. 315).

 

 

Wydanie: 29/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy